„Dla rodzin to była duża ulga. Oni czekali na chłopaków”. Jego zastęp dotarł do zasypanych górników z Wujka
sobota,
27 czerwca 2015
Ostatnią akcję ratowniczą w kopalni Wujek specjaliści określają mianem najtrudniejszej w historii polskiego górnictwa. Przez ponad dwa miesiące zaangażowanych w poszukiwania dwóch zaginionych górników było łącznie tysiąc osób. Teraz bliscy ofiar mogą godnie je pożegnać. – Dla rodzin to na pewno była duża ulga. Oni wszyscy czekali na tych chłopaków – mówi ratownik Piotr Obłój. To jego zastęp odnalazł i wydobył na powierzchnię ciała poszukiwanych.
18 kwietnia w rudzkiej kopalni Wujek Ruch Śląsk doszło do potężnego zawału na długości 750 metrów. Wstrząs miał siłę 4,2 w skali Richtera. 44-letni górnik i jego 36-letni kolega, przebywający 1050 metrów pod ziemią, nie zgłosili się. Ratownicy, którzy ruszyli na pomoc, na początku pracowali ręcznie, przebierając rumosz. – W takim momencie jest największa adrenalina. Po prostu dostaje się taki strzał. Zawsze tak jest, że idziemy po żywego. Chyba inaczej ludzie nie potrafią myśleć – podkreślił Piotr Obłój.
Ekipa ratunkowa posuwała się jednak powoli. Zdecydowano, że użyty zostanie kombajn chodnikowy. Akcja miała toczyć się dwutorowo. 5 maja zakończono wykonanie odwiertu z powierzchni na głębokości 1050 metrów. – Udało się trafić maksymalnie precyzyjnie w odpowiednie miejsce. Od strony technicznej – kawał dobrej roboty. To była jedyna taka akcja w Polsce i oby ostatnia – zaznaczył Piotr Obłój.
Nawoływania nie przyniosły efektu
Dzięki odwiertowi na dół opuszczono płyny, sprzęt do komunikacji i kamerę, która ukazała pustą przestrzeń. Nawoływania górników nie przyniosły efektu. Zbadano także skład powietrza. Okazało się, że zmniejszałby szanse na przeżycie poszkodowanych. – Akcja wymagała wyjątkowej ostrożności ze względu na stężenie metanu, niezwykle niebezpiecznego gazu – powiedział Obłój.
13 maja próby komunikacji z poszkodowanymi zakończyły się. Tymczasem kombajn cały czas drążył nowy chodnik. Mijały kolejne dni. Dopiero 12 czerwca ekipa natknęła się na pierwsze ślady poszukiwanych: kurtkę i sprzęt. Wywnioskowano, że jeden z górników zostawił aparat ucieczkowy. Już nie zdążył po niego wrócić.
– To są takie momenty, które dodatkowo mobilizują, mówią nam, że są już blisko, na pewno ich znajdziemy. Będą za rogiem. W tym przypadku nadal jednak nie mogliśmy ich odnaleźć – powiedział Obłój.
„Poszedł tam tylko nasz jedyny zastęp”
Ciała górników uczestnicy akcji zlokalizowali po następnych trzech dniach – 15 czerwca. Znajdowały się ok. 300 metrów od odwiertu. – W miejscu gdzie ich znaleźliśmy, temperatura wynosiła 52 stopnie Celsjusza. Poszedł tam tylko nasz jedyny zastęp. Weszliśmy i jak najszybciej musieliśmy wychodzić – wspominał Obłój. Zdecydowano o wydrążeniu dodatkowego chodnika, który pozwolił na wydobycie ciał. Udało się tego dokonać 22 czerwca. – Dla rodzin to na pewno była duża ulga. Oni wszyscy czekali na tych chłopaków. W końcu się doczekali – zaznaczył Obłój, podkreślając jak ważna dla bliskich jest możliwość godnego pochówku ofiar.
Wstępne wyniki sekcji zwłok dwóch górników.
zobacz więcej
Po zawale górnicy nadal żyli
Co działo się pod ziemią w najbardziej dramatycznych chwilach po zawale w kopalni Wujek? Przebieg wydarzeń próbują odtworzyć specjaliści. Z sekcji zwłok wynika, że górnicy przeżyli potężny wstrząs, co samo w sobie było niezwykłe, bo ciśnienie wytworzone podczas takiego zawału jest ogromne.
Wszystko wskazuje na to, iż górnicy z Wujka na początku byli przytomni. – Widzieli, że od strony chodnika „7” wszystko wali się, więc uciekali. Każdy logicznie myślący człowiek postąpiłby w ten sposób. Byli pewni, że wybierając ten wariant wyjdą. Okazało się coś zupełnie innego. Skończyło się tragicznie – powiedział Piotr Obłój.
Wszystko wskazuje na to, że uciekający górnicy stracili przytomność przez stężenie metanu. W takich przypadkach człowiek zapada w śpiączkę, następuje śmierć. - Nie wiadomo, jak sytuacja zmieniłaby się, gdyby poszli w drugą stronę. To są tylko takie domysły, czy wytrwaliby do czasu, kiedy dotrzemy z pomocą – powiedział ratownik.
Obranie przeciwnego kierunku ucieczki pozwalało bowiem górnikom na dotarcie do miejsca, gdzie była woda i rurociągi, pozwalające na dawanie oznak życia, co mogłoby pomóc ekipie ratowników.
Podziemna pułapka i potworna śmierć
– Gdy przebiliśmy się kombajnem, tlen znajdował się w tym miejscu. Trudno powiedzieć czy byłoby go wystarczająco dużo. Tego już nie da się zbadać – powiedział zastępowy Obłój. Dramaturgii dodaje fakt, że przedostanie się do strefy z tlenem i wodą, przy tej głębokości mogłoby skończyć się nie wybawieniem a powolną i straszną śmiercią głodową.
Z każdym dniem tej najdłuższej, trwającej 67 dni akcji ratowniczej szanse na wydobycie żywych górników znacznie malały. Jak jednak podkreślają osoby z branży, ona miała dawać pewność także tym, którzy codziennie zakładają kask i schodzą pod ziemię, że w razie katastrofy ludzie na powierzchni zrobią wszystko, aby ich uratować.
– Ta akcja pokazała bardzo dobrze, że mimo tak ogromnego zawału i tak poszliśmy po tych ludzi. Nie zawsze kończy się to szczęśliwie, ale staramy się dotrzeć do nich w jak najkrótszym czasie – podsumował Obłój.
„Jedyna rzecz, na której się w górnictwie nie oszczędza”
Akcja w Wujku kosztowała 21 milionów złotych netto. Jeszcze przed podaniem tego bilansu były wiceminister gospodarki Jerzy Markowski przyznał, że „jedyna rzecz, na której się w górnictwie nie oszczędza – pomimo sytuacji ekonomicznej – to ratownictwo.” – Profesjonalizm jest coraz większy – ocenił Markowski, pytany o doświadczenia w branży na przestrzeni lat.
Dla samych ratowników praca w ekstremalnych warunkach generuje obciążenie psychiczne. Jak podkreślił Piotr Obłój, po akcjach ratownicy jednak nie starają się odcinać od trudnych przeżyć. – W takich sytuacjach najlepiej rano iść do pracy. Po ostatniej akcji wybieram się na urlop, ale zaplanowałem go już wcześniej. W lipcu jedziemy z żoną na wczasy, żeby odpocząć – powiedział.
Swój zawód wybraliby ponownie
Jerzy Markowski i Piotr Obłój są bohaterami książki Karoliny Bacy-Pogorzelskiej „Ratownicy. Pasja zwycięstwa”, która została wydana w czerwcu. Razem z innymi doświadczonymi kolegami opowiadają w niej o pewnym rodzaju powołania, jakie odczuwają, ci którzy dla innych narażają życie własne. Wielu z nich przyznaje z upływem czasu, że swój zawód wybrałoby ponownie. Piotr Obłój już od 14 lat niesie pomoc poszkodowanym. W branży górniczej pracuje ćwierć wieku.
Pomimo ekstremalnych wrażeń, jakie są częścią tej profesji, nie zauważył, żeby wielu młodych ratowników rezygnowało z pracy. – Wszystko wychwytywane jest przede wszystkim podczas badań psychologicznych i lekarskich przeprowadzanych w Bytomiu. To one eliminują ludzi, którzy nie mają predyspozycji. Później kandydata weryfikuje kurs podstawowy ratownika. Jest dość ciężki do przejścia. Ci, którzy przechodzą wszystkie testy, raczej zostają – opowiedział.
Gdy ratownicy ruszają, by nieść pomoc zawsze znaczenie ma aspekt psychologiczny. Rzadko, ale zdarza się, że podczas pierwszych akcji młodzi wpadają w panikę. – W takiej sytuacji należy ogarnąć się i szybko dojść do człowieka, wytłumaczyć mu, czasem krzyknąć – objaśnił nam zastępowy.
– W przypadku wynoszonego rannego, trzeba utrzymywać z poszkodowanym cały czas kontakt, to już taka podstawa ratownictwa. Gdy taka osoba nie słyszy i nie widzi, trzeba ją trzymać za rękę. Poszkodowany musi mieć stuprocentową pewność, że my go tam nie zostawimy – dodał.
„Ratownik musi umieć wszystko”
Były wiceminister Jerzy Markowski, który także przez wiele lat pracował pod ziemią i niósł pomoc poszkodowanym, określa ratowników mianem górniczej arystokracji. – Ratownik z punktu widzenia determinacji i kompetencji musi umieć wszystko. On nie może zawieść – zaznaczył Markowski. Paradoksalnie, choć ratowników w akcjach ginie więcej niż strażaków, nie zawsze cieszą się oni takim szacunkiem jak ta druga grupa zawodowa.
– Ratownik w normalny dzień pracy jest człowiekiem, który nie wykonuje rutynowych czynności zawodowych, nie idzie pracować do ściany. Skład drużyny ratowniczej na kopalni wynosi 100 osób. Na każdej zmianie dziesięć spośród nich jest na tzw. pogotowiu ratowniczym i to tylko ich widzą ludzie. Mają na sobie cały rynsztunek ratowniczy, po to by być gotowym w każdej chwili do akcji. Z głupoty niektórzy górnicy mają im za złe, że ta robota jest lżejsza fizycznie, ale nie biorą pod uwagę, że jak trzeba będzie ruszyć im z pomocą, to ten ratownik nie może być zmęczony – opowiedział Markowski. – Ta praca jest niedoceniana przez tych, którym nie była potrzebna. Ci zawdzięczający ocalenie tyłka, zaczynają szanować pracę ratowników – dodał.
Mistrzowie świata z Polski
Elita? Górnicza arystokracja? Jakby ich nie określać, polscy ratownicy wyróżniają się w gronie kolegów po fachu z innych krajów. W ubiegłym roku zostali mistrzami świata na IX Międzynarodowych Zawodach Ratownictwa Górniczego zorganizowanych w Bytomiu. Reprezentanci KWK Bobrek-Centrum okazali się najlepsi w kategorii „Symulowana Akcja Ratownicza”.
– Polegała ona na poprawnym, zgodnym z przepisami i zasadami bezpieczeństwa
przeprowadzeniu rozpoznania rejonu kopalni, określeniu zagrożenia oraz udzieleniu pomocy poszkodowanym wraz z ich ewakuacją z obszaru zagrożonego do bazy – wyjaśnił w rozmowie Adam Nowak, dyrektor techniczny Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu.
Jak podkreślił, rywalizacja w międzynarodowym gronie to dla uczestników szczególny prestiż, ale także dodatkowa forma treningu i wymiany doświadczeń. – Można powiedzieć, że polscy ratownicy należą do światowej czołówki, o czym świadczą zajmowane miejsca podczas kilku ostatnich mistrzostw – powiedział dyrektor Nowak.
– Paweł Lewandowski
Opracowując tekst korzystałem z książki „Ratownicy. Pasja Zwycięstwa” Karoliny Bacy-Pogorzelskiej. Fotografie uzyskaliśmy dzięki uprzejmości Tomasza Jodłowskiego, który jest autorem zdjęć do „Ratowników...”.