Rozmowy

Japończycy niechrześcijanie świętują Wigilię jak walentynki: idą wieczorem na randkę. A po niej na… pasterkę

Zakochane pary przychodzą do kościoła wziąć udział w rzeczywistej, a dla nich bardzo egzotycznej celebracji. Do wielkiego Boga, Absolutu, ludzie się boją zbliżyć. Jednak ten Bóg sam się do nas przybliża i staje dzieckiem. Do dziecka każdy może podejść bez lęku – mówi ojciec Bogusław Nowak SVD, od 38 lat misjonarz w Japonii.

Konkurs Świąteczny 2023
TYGODNIK TVP: Misjonarza w egzotycznej części niechrześcijańskiego świata każdy Polak o to zapyta: jak Japończycy-chrześcijanie obchodzą Boże Narodzenie, a jaki stosunek do tych świąt ma pozostała większość społeczeństwa?

O. BOGUSŁAW NOWAK:Mówiąc bardzo ogólnie, muszę stwierdzić, że społeczeństwo japońskie nie ma żadnego pojęcia o Bożym Narodzeniu i jego rzeczywistym znaczeniu. Ale masowo obchodzą te święta i rozpoczynają to zaraz po Halloween, czyli już na początku listopada. Trwa to do 25 grudnia, gdyż już następnego dnia zaczynają przygotowania do świętowania Nowego Roku. Świętowanie bożonarodzeniowe sprowadza się do dekoracji sklepowych, skupionych oczywiście nie na szopce czy Dzieciątku, tylko na Mikołaju, a raczej na Sancie. Dość powszechnie organizuje się spotkania zwane bożonarodzeniowymi (kurisumasu-kai), ale po naszemu to by były raczej mikołajki: przychodzi Santa, są prezenty. Świętowanie jest bardzo radosne, ale nikt nie wspomina o Jezusie.

Miałam kiedyś w Teksasie chińskiego narzeczonego. Gdy powiedziałam, że na Wielkanoc muszę jechać do Polski, zapytał: „To jest święto tego królika?”. To chyba podobny syndrom, tylko bożonarodzeniowy. Westernizacja, a nie ewangelizacja.

Co jednak ciekawe, sam dzień, czy właściwie wieczór Wigilii Bożego Narodzenia, oni traktują bardzo szczególnie. Obchody japońskie 24 grudnia przypominają nasze walentynki. To jest wieczór na randkę zakochanych par, pójście razem do restauracji…

Pracują wtedy, czy mają wolne?

Zależy, często pracują tylko do południa. W każdym razie wieczorem 24 grudnia wszystkie restauracje są zapełnione zakochanymi parami, po czym wielu z nich, niechrześcijan, przychodzi do kościoła wziąć udział w rzeczywistej, a dla nich bardzo egzotycznej celebracji. Gdy pracowałem w parafii znacznie większej niż ta, na której jestem obecnie (dziś jestem w Anjo, koło Toyota), to tam były trzy msze wigilijne: o 18, 21 i 24. Gdy odprawiałem tę o 24, mogę powiedzieć, że 90 proc. obecnych na mszy świętej to byli niechrześcijanie. Tacy młodzi ludzie, którzy kontynuowali swą tradycyjną randkę w kościele.

To jest okazja dla nas, księży, aby przekazać im dobrą nowinę o narodzeniu Jezusa Chrystusa. Dlatego też, kiedy przygotowuję kazanie na ten dzień, to nie tyle do chrześcijan – choć mam nadzieję, że oni też z tego korzystają – ale właśnie do tych ludzi, którzy przyszli tu po raz pierwszy i być może ostatni. Mówię zatem o tym, jaki sens ma to święto dla ich codziennego życia, że jest to pamiątka urodzin Jezusa Chrystusa, który każdemu z nas umożliwia życie w miłości, jakiej pragniemy w głębi naszych serc. Choć zatem ich świętowanie w naszym chrześcijańskim rozumieniu nie ma nic wspólnego z Bożym Narodzeniem, to stwarza okazję do kontaktu z tymi, którzy jeszcze nie znają Jezusa.

A jak świętują ci nieliczni chrześcijanie?

Liturgicznie oczywiście nie ma wielkich różnic. Jest czas przygotowania – adwent, związane z nim rekolekcje (u mnie były akurat w dzień naszej rozmowy, praktycznie wszyscy uczestnicy przystąpili do spowiedzi). W Wigilię oraz w dzień Bożego Narodzenia sprawujemy uroczyste msze święte, w których bierze udział znacznie więcej wiernych niż normalnie. W Polsce Boże Narodzenie ma charakter rodzinny, jednak w Japonii katolik najczęściej jest w rodzinie jedyną osobą wierzącą i z tego powodu nie może świętować z bliskimi. Dlatego też Boże Narodzenie jest świętowane razem przez całą wspólnotę parafialną. W Pasterce, która w naszej parafii zaczyna się o 19:30, uczestniczy około 200-250 osób, w tym wielu niewierzących. Później odbywa się wspólna parafialna „impreza”. Dzieci przygotowują jasełka – bierze w nich udział około 20 dzieci, poprzebieranych za króli, pasterzy i aniołki; są maluchy z Brazylii, Wietnamu, a nawet ze Sri Lanki, ale niestety wśród nich nie ma żadnego rodowitego Japończyka. A potem jest przyjęcie. Zasadniczo posiłek jest przygotowywany w naszej kuchni, ale część potraw ludzie szykują w domach i przynoszą do kościoła.

Treść teologiczna i duchowa Bożego Narodzenia jest więc większości Japończyków zupełnie obca, choć dokonała się westernizacja tego okresu w kalendarzu. Który aspekt Bożego Narodzenia przemówiłby do nich, gdybyśmy próbowali im jednak przekazać treść chrześcijańską? Gdyby na przykład przetłumaczyć na japoński polskie kolędy, to która by ich poruszała: „Bóg się rodzi”, „Oj maluśki maluśki”, „Mizerna cicha”, „Przybieżeli do Betlejem” czy inna? Choć po tym, co ojciec powiedział, chyba trzeba wciągnąć na listę głównie „Jingle bells”...

„Jingle bells” mają w supermarkecie i radio przez cały grudzień. Natomiast kolędy japońskie są najczęściej tradycyjnymi śpiewami przetłumaczonymi z łaciny. Znają jednak dobrze i lubią jedną polską kolędę, którą przetłumaczył pewien werbista – jest to „Lulajże Jezuniu”. Kołysanka – śpiewają ją chętnie, zwłaszcza dzieci. Ale myślę, że porusza ich raczej muzyka, niż treść teologiczna.

Gdy na pasterce kazanie kieruję głównie do niechrześcijan, to podkreślam aspekt miłości. Mówię o tym, że każdy człowiek jej pragnie, a nikt nie może znaleźć i jego serce zawsze pozostaje spragnione. Bóg, który stworzył nas z miłości i do miłości, nie tylko daje nam to pragnienie, ale także działa w tym celu, aby je zaspokoić. Właśnie po to stał się człowiekiem – jednym z nas. W dodatku bezbronnym niemowlęciem. Do wielkiego Boga, Absolutu, ludzie się boją zbliżyć. Ten jednak Bóg sam się do nas przybliża i staje dzieckiem. Do dziecka każdy może podejść bez lęku. Przyjmując zatem Jezusa bez strachu, napełniamy swoje serce tą upragnioną miłością. Oni, nawet nie będąc tego świadomi, tego dnia po swojemu celebrują właśnie miłość. Zatem to jest aspekt, który łączy ich dotychczasowe zrozumienie z naszą wiarą. To można pociągnąć dalej – że Bóg nie tylko tak się uniżył, by stać się niemowlakiem, ale po prostu chlebem, codziennym pokarmem, który ludzie konsumują bez żadnego lęku.

W Japonii to chyba chleb niekoniecznie jest codzienny. Azjaci, poza chyba Mongołami, ze zbóż jedzą głownie ryż…

Dlatego też często w tekstach liturgicznych, nawet w modlitwie „Ojcze nasz”, słowo „chleb” jest tłumaczone na „pożywienie”. Choć ta kultura jedzenia chleba się tu coraz bardziej upowszechnia i obecnie Japończycy dobrze wiedzą, co to jest chleb.

Misjonarze z innych krajów niechrześcijańskich, albo i już chrześcijańskich, mogliby też opowiedzieć o obyczajach Bożego Narodzenia u nich. Czyli cała ta treść teologiczna zawsze będzie filtrowana przez kulturę lokalną. A gdy ją z tych wszystkich „kostiumów” i dodatków obedrze i wyczyści, to co zostaje, jak ten nagi Jezus w żłobie?

Do aspektu przefiltrowywania przez kulturę podszedłbym inaczej. Wiele z naszych zwyczajów bożonarodzeniowych istniało na terenie Polski zanim przyszło chrześcijaństwo. Te istniejące obyczaje zostały „zchrystianizowane” – zaczęły w sobie nieść nowe, chrześcijańskie znaczenie, treść i sens. Misjonarze próbują dziś coś podobnego robić z każdą kulturą. Tam, gdzie jest to możliwe, próbujemy nadać elementom tej kultury chrześcijański sens. Niektóre tradycyjne japońskie święta, jak na przykład Shichigosan (błogosławieństwo siedmio-, pięcio- i trzyletnich dzieci) czy też Seijinshiki (błogosławieństwo dwudziestolatków), są świętowane także w Kościele katolickim. I być może za tysiąc lat, podobnie jak w Polsce, społeczeństwo nie będzie pamiętało, że jakieś święta lub zwyczaje były wcześniej niechrześcijańskie.

O tym zaś co pozostanie, gdy Boże Narodzenie zostanie obdarte z sentymentalnych tradycji, mogę opowiedzieć z własnego doświadczenia. Osobiście zostałem odarty z polskiego aspektu kulturowego, gdy przyjechałem do Japonii na studia teologiczne jako 22-latek, czyli już ponad 38 lat temu. I co zostało? Przynajmniej w moim przypadku pozostała istota tych świąt. To doświadczenie, choć było bardzo bolesne, znacząco pogłębiło moją wiarę i w tym sensie stało się wielką łaską. Kultura może oczywiście bardzo pomóc w rozumieniu i przeżywaniu prawd wiary, ale może je też przesłonić, jeśli te obyczaje i tradycje staną się ważniejsze niż same prawdy wiary, które maiły wyrażać. W takim przypadku odartemu z tradycji i zwyczajów człowiekowi nic nie pozostaje.

Narodzenie Jezusa zwanego Chrystusem jest faktem, tak przynajmniej uważa dziś większość historyków. Dyskusje trwają nad tym, kiedy to się stało.

Częstochowa, do której nie wolno pielgrzymować i Matka Boża, królowa... Chin

Każdy kościół katolicki w Chinach jest „dyskretnie” obserwowany przez nieumundurowanych funkcjonariuszy bezpieki.

zobacz więcej
Dla nas chrześcijan aspekt historyczny jest bardzo ważny, ponieważ wierzymy, że Bóg objawił się w rzeczywistych historycznych wydarzeniach. Nie tylko w narodzeniu i całym życiu Jezusa, ale także w historii Izraela. Ludzie, których doświadczenia są spisane na kartach Starego Testamentu, sami uczestniczyli w tych historycznych wydarzeniach, ale przeważnie wcale nie rozumieli ich sensu. To prorocy, których Bóg obdarzył specjalną łaską wglądu w sens zdarzeń, tłumaczyli reszcie społeczeństwa, co Bóg mówi poprzez te wydarzenia. Różne grupy Izraelitów przekazywały swoim potomkom to, co w słowach proroków było dla nich najważniejsze. Tak powstawały różne tradycje, które później były spisywane. W biblijnych tekstach obu Testamentów nie jest najważniejsza pełna zgodność z faktami historycznymi, czy lepiej ująwszy – przekazania szczegółów historycznego wydarzenia, ale to, co z niego wynika, jaki to ma sens dla nas, jak Bóg był w tym obecny i co nam przekazał poprzez te wydarzenia.

To samo dotyczy życia Jezusa. Większość uczestników zdarzeń z Jego życia, włącznie z apostołami, w ogóle nie rozumiała, kim On jest, ani co robi – jaki to wszystko ma sens i cel. Sam Jezus, mając wiele cierpliwości do apostołów i widząc, że niewiele z tego wszystkiego rozumieją, nakazał im pozostać w Jerozolimie aż do momentu przyjścia Ducha Świętego, który miał doprowadzić ich do pełnej prawdy, czyli do zrozumienia tego wszystkiego, co doświadczyli przez lata życia z Jezusem. Dopiero po wydarzeniach Pięćdziesiątnicy apostołowie zaczęli rozumieć, co się w ogóle wydarzyło, jaki był sens nauki i czynów Jezusa, i zaczęli o tym nauczać. Do tej nauki często używali tekstów ze Starego Testamentu, ponieważ one dobrze ukazywały sens czynów i słów Jezusa. Swoim życiem dawali świadectwo, włącznie z męczeństwem za wiarę. Spełniając nakaz Jezusa, aby nauczać wszystkie narody, ciągle pogłębiali swoje zrozumienie.

Na kartach Pisma Świętego Nowego Testamentu apostołowie oraz ewangeliści nie przekazują nam dokładnie wszystkiego, co wydarzyło się w życiu Jezusa, a jedynie to, czego potrzebujemy, aby uwierzyć, że Jezus jest Chrystusem oraz Synem Boga i byśmy wierząc, przyjęli dar życia wiecznego. Jeśli apostołowie czegoś nie przekazali, to znaczy, że do poznania sensu słów i czynów Jezusa, czyli do rzeczywistego poznania Jego samego, nie jest nam to potrzebne.

Wielu współczesnych biblistów skupia się na tym, aby poznać „historycznego Jezusa”, jednocześnie oddzielają Go od „Jezusa wiary.” W moim odczuciu ludzie ci swoje badania opierają na założeniu, że „Jezus wiary” został wymyślony później, a poprzez takie założenie wykazują brak wiary w to, że Jezus był rzeczywiście Chrystusem. Jednak gdyby nawet udało się im poznać historycznego Jezusa, ale nie mieliby wiary, to znaleźliby się dokładnie w takiej sytuacji, w jakiej byli apostołowie przed zesłaniem Ducha Świętego oraz ci, którzy uważali Jezusa za bluźniercę, którzy doprowadzili do Jego ukrzyżowania – czyli tak naprawdę nie poznaliby Jezusa. Dla ludzi niewierzących Jezus jest jedynie „zwany Chrystusem”, ale dla nas On jest Chrystusem, jest Zbawicielem i Synem Boga. Jest zatem tym, za kogo się podawał. Poznanie tej prawdy jest znacznie cenniejsze niż poznanie wszystkich detali z Jego życia.
Pomińmy zatem dyskusję o tym, co to była za „gwiazda” i co nam to mówi o realnej dacie narodzenia Jezusa. Pomówmy o tym, jaki sens miało Jego przyjście na świat w Betlejem. Jaka jest prawda o Bożym Narodzeniu i komu ona jeszcze dziś jest potrzebna niekomercyjnie, niezależnie od szerokości i długości geograficznej?

Ta tajemnica ma wiele aspektów, ale centralne jest to, że jedna z Osób Trójcy Świętej, Syn Boży, przyjął naturę ludzką i stał się człowiekiem. Ważne jest Wcielenie i to, że Syn Boży narodził się z Maryi dziewicy i na tym świecie żył jako człowiek podobny do nas we wszystkim, oprócz grzechu. Jezus Chrystus będąc człowiekiem jest tą samą osobą, którą jest Syn Boży, druga Osoba Trójcy Świętej. Maryja jest Matką Boga, Bogarodzicą, nie w tym sensie, że dała Jezusowi naturę boską, ale w tym sensie, że ten, którego urodziła i któremu przekazała naturę ludzką, jest tą samą osobą, która posiada otrzymaną od Boga Ojca naturę boską. Czyli urodziła tego, który jest Bogiem.

Wcielenie, czyli złączenie natury boskiej z naturą ludzką w Jezusie Chrystusie Synu Boga jest aktem zbawczym, ponieważ umożliwia wszystkim ludziom udział w życiu i miłości Boga, a co więcej, udział w Jego naturze – cel, dla którego zostaliśmy stworzeni, a którego osiągnięcie uniemożliwiał nam grzech pierworodny. W Jezusie Chrystusie Bóg przekracza utworzoną przez ten grzech bezdenną przepaść i zbliża się do nas. Obecnie przyjmując Jezusa, przyjmujemy Boga, jednocząc się z Jezusem – jednoczymy się z Bogiem. Bez Wcielenia Syna Bożego to byłoby niemożliwe. W tym sensie Boże Narodzenie potrzebne jest wszystkim ludziom.

Zatem dramatycznie istotne było, aby Bóg stał się człowiekiem od początku do końca. Wszak od wieków znane były wcielenia bóstw w ciała ludzi, zwłaszcza w celach prokreacyjnych – któż nie czytał o Zeusie, który był i bykiem, i łabędziem, i człowiekiem, by realizować swe erotyczne zachcianki.

Jak powiedziałem, celem wcielenia Syna Bożego było umożliwienie człowiekowi zjednoczenia się z Bogiem. W Jezusie Chrystusie Bóg złączył się z człowiekiem i teraz my, łącząc się z naturą ludzką Jezusa, łączymy się z Bogiem. Osobiście jestem przekonany, że ta jedność natury ludzkiej i boskiej, która istniała w Jezusie, mogła być rozerwana. Stałoby się to wtedy, kiedy Jezus w jakiś sposób sprzeciwiłby się Bogu Ojcu, czyli gdyby zgrzeszył. Jednak obecnie rozerwanie tej jedności jest niemożliwe, ponieważ, kiedy na krzyżu Jezus Chrystus jako człowiek ofiarował się całkowicie Bogu Ojcu, utrwalił tę jedność i uczynił ją nierozerwalną. Myślę, że zasadniczo właśnie na tym polegało zawarcie Nowego i Wiecznego Przymierza. Żaden, nawet największy grzech człowieka nie jest w stanie zniszczyć miłości Boga, ani też zerwać tego Przymierza.
ODWIEDŹ I POLUB NAS
Jednak do tej prawdy, że nie tylko śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, ale także wcielenie i narodzenie są bardzo istotne, chrześcijanie dojrzewali 300 lat – dopiero wtedy zaczęli je świętować. Czy ten Bóg-Człowiek w wieczności (czymkolwiek ona jest) jest także w jakimś sensie dzieckiem, tym niemowlęciem z Betlejem? Pytanie jest o tyle poważne, że w Kościele katolickim jest np. kult tzw. Dzieciątka Praskiego, jako niemowlę Jezus objawiał się też licznym świętym.

Pierwszy rozdział Ewangelii świętego Jana, który został napisany pod koniec pierwszego wieku naszej ery, praktycznie w całości poświęcony jest Wcieleniu Słowa Bożego. „Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami”. Ci, którzy Je przyjęli stali się dziećmi Boga, czyli mają udział w życiu Boga. Zatem możemy być pewni, że już pierwsi chrześcijanie znali prawdę o wcieleniu Syna Bożego i rozumieli sens narodzenia Jezusa. Jednak z całą pewnością nie świętowano tej prawdy w taki sam sposób, jak czynimy to obecnie. Kalendarz liturgiczny kształtował się na przestrzeni dziejów, dlatego też różne prawdy wiary zaczynały być świętowane w różnym czasie.

Oczywiście, że nie znamy wieczności i ja też nie będę sugerował, że ją znam, albo że wiem, jak wygląda „zasiadający po prawicy Ojca” Jezus. Wiem jednak, że to jest świat niematerialny. Kiedy Jezus objawiał się po swoim zmartwychwstaniu, przyjmował różne postaci – tak jest i obecnie. Może być tym Jezusem umęczonym na krzyżu, chwalebnym, innym razem – Dzieciątkiem, także w ramionach swojej Matki. Postacie jakie przyjmuje Jezus, czy też różnorodne figury Jezusa ukazują pewne aspekty Jego życia, czy też wyrażają pewną duchowość. Kult Dzieciątka może podkreślać fakt, że Pan Bóg przybliżył się do nas jako bezbronne dziecko, abyśmy mogli przyjąć Go bez lęku.

Dzieciątko z opisu biblijnego jest jednak uboższe, nawet jak na tamte czasy, wręcz nędzniejsze niż inne dzieci. To, jak się musi rodzić, jak matka nie ma ze sobą nic przygotowanego dla Syna, nawet jednej pieluchy, jak musi zaraz z rodziną uciekać, by uniknąć śmierci – to jakieś ekstremum. Opis ten może wzbudzać nie tylko współczucie, ale i przerażenie. Czy to Dziecko musiało tak cierpieć?

Chyba nie potrzeba nikogo przekonywać, że nasza rzeczywistość jest przepełniona cierpieniem. Cierpią nie tylko ludzie chorzy i w podeszłym wieku, ale także młodzi oraz dzieci. Perspektywa, że matka ma wyprawkę dla dziecka, że żyje pod dachem i jest jej ciepło, że niedaleko znajduje się szpital, który jej pomoże urodzić, to jest perspektywa świata zachodniego czy chociażby Japonii. Ale pomyślmy o wielu miejscach w Afryce, Azji czy Ameryce Łacińskiej, gdzie dzieci cierpią nie mniej, a może nawet więcej niż Dzieciątko Jezus. To jest nasza wspólna rzeczywistość. Aby zrozumieć, dlaczego Jezus cierpiał już jako małe dziecko, warto się zastanowić, kto ukazuje większą miłość do cierpiącego człowieka: ten, który wyraża współczucie płacząc nad jego losem, czy też ten, który współcierpi, samemu przyjmując na siebie cierpienie, aby pomóc cierpiącemu? Bóg w Jezusie nie tylko nas odkupił, ale także pociąga nas ku sobie swoją miłością, którą ukazuje poprzez swojego Syna, abyśmy przyjęli Jego zaproszenie do miłosnej wspólnoty. Choć Jezus lękał się cierpienia, jak pokazuje scena modlitwy w ogrodzie oliwnym, i choć jako noworodek czy niemowlę mógł nie być go w pełni świadom, jako Syn Boży, który zdecydował się na wcielenie, doskonale znał konsekwencje tej decyzji. Widząc to możemy być pewni, że Bóg tak bardzo chce się z nami zjednoczyć, że jest gotowy na przyjęcie wszelkiego cierpienia, także tego, którego doświadcza w Eucharystii, gdy przyjmując postać chleba jest jeszcze bardziej bezbronny, niż był jako małe dziecko.

– Magdalena Kawalec-Segond

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Bogusław Nowak jest zakonnikiem werbistą i duchownym rzymskokatolickim. Od 1985 roku jest misjonarzem w Japonii. Pracował dotąd w Nagasaki, Nagoja i Tajimi, zarówno w duszpasterstwie, jak i formacji nowicjuszy. Jest autorem „Słownika znaków japońskich” oraz małej książeczki „Miłość i cierpienie”. Od prawie 6 lat jest proboszczem wielonarodowej parafii Ducha Świętego w Anjo (koło Toyota, w prowincji Aichi).
SDP2023
Tygodnik TVP jest laureatem nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Zdjęcie główne: Nurek - kobieta przebrana za Świętego Mikołaja na dnie wielkiego akwarium udekorowanego choinką. To jedna ze świątecznych imprez w Sunshine International Aquarium w Tokio przed Bożym Narodzeniem 2005. Fot. PAP/EPA /FRANCK ROBICHON
Zobacz więcej
Rozmowy wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Zarzucał Polakom, że miast dobić wroga, są mu w stanie przebaczyć
On nie ryzykował, tylko kalkulował. Nie kapitulował, choć ponosił klęski.
Rozmowy wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
W większości kultur rok zaczynał się na wiosnę
Tradycji chrześcijańskiej świat zawdzięcza system tygodniowy i dzień święty co siedem dni.
Rozmowy wydanie 15.12.2023 – 22.12.2023
Beton w kolorze czerwonym
Gomułka cieszył się, gdy gdy ktoś napisał na murze: „PPR - ch..e”. Bo dotąd pisano „PPR - Płatne Pachołki Rosji”.
Rozmowy wydanie 8.12.2023 – 15.12.2023
Człowiek cienia: Wystarcza mi stać pod Mount Everestem i patrzeć
Czy mój krzyk zostanie wysłuchany? – pyta Janusz Kukuła, dyrektor Teatru Polskiego Radia.
Rozmowy wydanie 8.12.2023 – 15.12.2023
Pół świata podobnie nazywa matki, ojców, liczebniki i nie tylko
Czy istniał jeden prajęzyk nas wszystkich, jak jeden praojciec Adam?