Felietony

Najcichsza cicha noc

To nie błąd techniczny, ale zabieg strategiczny. W nocy opanowano i wyłączono obiekty teletransmisyjne oraz centrale telefoniczne.

Konkurs Świąteczny 2023
Dawno, dawno temu…

Pewnie, że dawno – 42 lata to szmat czasu. Jednak kto doświadczył, ten nigdy nie zapomni. Tamten grudzień był śnieżny i mroźny. Prawdziwa zimowa aura. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, niektórzy już kupowali choinki, planowali rodzinne i towarzyskie spotkania. Jeszcze w sobotę działały telefony, można było porozumieć się ze znajomymi.

Aż tu nagle! W niedzielę zapadła cisza. Acz nie całkowita – z małych ekranów przemówił pan w ciemnych okularach.

Tę historię jedni znają z opisów, inni z własnego życia. W moim przypadku – ten drugi wariant.

Głuchy telefon

Cisza w słuchawkach telefonicznych początkowo nie wydawała się podejrzana. Awarie „na linii” zdarzały się często i należało je zgłosić w centrali telefonicznej i cierpliwie – nieraz tydzień, dwa – czekać na fachowców. Toteż mój ojciec, reżyser dźwięku w radiu (tak się wtedy to nazywało, odpowiednik po trosze dzisiejszego realizatora, po trosze reżysera) do niedzielnego poranka nie miał podejrzeń. Jak zwykle wrócił późno z dyżuru i dla relaksu zabrał się za usprawnienie starego jak świat, czarnego bakelitowego aparatu telefonicznego. Sprzęt był archaiczny, miał więc prawo poczuć swój wiek, co objawiało się w lekkich chrobotach w słuchawce, zakłócających jakość dźwięku.

Ojciec był „dłubkiem”, z upodobania majsterkowiczem, do tego z natury pedantem. Późne godziny go nie zrażały, należał do nocnych marków. W dodatku w niedzielę mógł dłużej pospać. Zabrał się do dzieła tak koło 10.00 wieczorem. Rozmontował zabytek – gdyby ktoś nie wiedział, model z tarczą numerową i słuchawkami na widełkach, wprowadzony na rynek przez firmę Ericsson w 1931 – i szukał przyczyn zakłóceń. Przeczyścił wszystkie elementy, wypolerował, co trzeba i część po części złożył jak należało. Podłączył, podniósł słuchawkę w oczekiwaniu na sygnał – lecz takowego nie usłyszał.

Tata nie poddawał się łatwo. Przekonany, że czegoś zaniedbał, powtórzył procedurę. Tym razem, kiedy podłączył kabel do gniazdka, zegar wskazywał godzinę mocno po północy. I znów do jego ucha nie dobiegło żadne „bip, bip”. Już zabierał się do powtórnego demontażu, gdy żona przekonała go do zaniechania tegoż, bo a nuż coś nie halo na łączach. Trzeba będzie sprawdzić u sąsiadów.

W niedzielę 13 grudnia wszystko stało się jasne. Nie błąd techniczny, ale zabieg strategiczny. W nocy opanowano i wyłączono obiekty teletransmisyjne oraz centrale telefoniczne. Telefon był głuchy, bo taki miał być. Przez miesiąc (teoretycznie, w praktyce dłużej) obywatele nie mogli kontaktować się za pośrednictwem wynalazku Bella. Gdy już udrożniono głuche telefony, konwersacje co chwila przerywał ponury głos informujący, że to „rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana”.

Info na piechotę

Najpierw ruszyła milicja i wojsko, potem uchwalono dekrety. Bezradna rada?

Mimo ewidentnego złamania konstytucji, nikogo nie postawiono po 1989 r. przed Trybunałem Stanu.

zobacz więcej
W filmie Sylwestra Chęcińskiego scena w budce telefonicznej, w której siedzi zżerający bułę funkcjonariusz ZOMO lub MO, na żywo wtrącający się do rozmowy z wyżej wspomnianą informacją, wydaje się tyleż komiczna, ile surrealistyczna. Oczywiście, z perspektywy dekady (obraz miał premierę w rocznicę 13 grudnia, w roku 1991) nie wiało grozą. Zresztą, dialogi Stanisława Tyma, odtwórcy głównej roli, do dziś śmieszą. Także tych, którym wtedy do śmiechu nie było. Jakie wówczas dominowały klimaty? Niedowierzanie. To się nie może dziać naprawdę. Ale – co JEST prawdą? Jaki powód? Zdobycie minimum orientacji wymagało kontaktów, których daremnie można było szukać w oficjalnych mediach.

Zdobywałam je… na piechotę. Wspomniany głuchy telefon uaktywnił mnie ruchowo. Chodziłam. Po całej Warszawie. No, może przesadzam, że całej. Jednak pokonanie dystansu Przyczółek Grochowski – Mokotów Górny – Ochota nie stanowiło problemu. A mróz był tęgi, a botki na obcasie, a śnieg leżał. Miałam kożuszek zwany tureckim (kraj pochodzenia nieznany) i sweter. Wcale nie czułam chłodu. Przeciwnie, grzana emocjami rozpinałam okrycie. Byle dojść jeszcze do kogoś, jeszcze dowiedzieć się, co jest grane „naprawdę”, kto gdzie przebywa, komu potrzebna jakaś pomoc na miarę takich małych misiów jak ja.

Komunikacja miejska często w PRL-u szwankowała, jednak i to nie stanowiło problemu. Szłam, tu i ówdzie mijając po drodze patrole w akcji. O dziwo, samotna dziewczyna nie wydawała się dla nich zagrożeniem. Przeciwnie, na swój sposób „chronili” mnie. Zresztą Warszawa była jak wymarła. Podobnych mi piechurów nie odnotowała, a jeżeli, to na krótkich psich odcinkach.

Najgorzej, że właśnie fizjologiczne potrzeby czworonogich domowników powodowały, że niekiedy zastawałam drzwi zamknięte – i żadnej wetkniętej w dziurkę od klucza informacji „wracam za godzinę”. Zdarzało się, że spacer z psem odbywał się na pobliskim skwerku, jednak żaden znak na niebie czy ziemi nie podawał namiarów.

Okładka na opłatek

Był taki punkt na mapie stolicy, o którym milczą przewodniki. Dziś poza pamięcią nie ma śladu po Galerii Forma. Znajdowała się przy ulicy Jasnej, wejście od podwórka. Mała przestrzeń, gdzie spotykali się ludzie z Solidarności związani z miesięcznikiem „Projekt”.

Teoretycznie galeria skoncentrowana była na sztuce użytkowej made in Poland. W praktyce wystawiano tam także innego typu twórczość. Nie pamiętam, jaki pokaz zastał stan wojenny. Przypominam o Formie, bo to był dawno zapomniany, a wtedy jeden z ważnych punktów kontaktowych środowiska plastycznego, jeszcze wówczas skonsolidowanego i prawie nie podzielonego politycznie. Związek Polskich Artystów Plastyków stanowił monolit, masyw najliczniejszego w Polsce towarzyszenia twórczego. A stołeczny oddział był największą siłą.

W Formie właśnie krzyżowały się kroki wielu z nas w tym nietypowym przedświątecznym czasie; tam też stłoczyliśmy się wigilię świąt Bożego Narodzenia roku 1981.

Tam też biegało się sprawdzić, co dzieje się z kolegami. Jak dojeżdżaliśmy? Nie mam pojęcia, jakoś się o tym nie myślało. Byle dotrzeć. Dzięki Formie czuliśmy się mniej samotnie.

A, co ważne: ci, którzy nie mieli warszawskiego meldunku, musieli wyjechać i stawić się pod meldunkowym adresem – casus mojego ówczesnego chłopaka. Wiadomo było, że wspólne święta są przechlapane, wcześniejsze plany nie mają szans realizacji.

Innym miejscem solidarnościowych spędów było Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, w tamtych latach mieszczące się przy ulicy Solec pod wiaduktem. Tu dojazd praktycznie nie istniał, a mało kto dysponował własnym samochodem. MAW miało przewagę nad innymi galeriami czy prywatnymi domami, gdzie stykał nas „beztelefoniczny” stan wojenny: przestrzeń. Poza tym, tu przychodzili ludzie z różnych środowisk twórczych. Podobnie było w kościele na Żytniej, gdzie również zbierali się niepokorni twórcy.

Jak wiadomo, stan wojenny odwołano 31 grudnia 1982. Jednak nie zmieniło to zbytnio aury wśród artystów ani podejścia do czerwonego systemu. Domowe powielacze pracowały, z rąk do rąk kolportowano informacje, a także… życzenia.
Kartka, która wciąż daje siłę. Fot. ze zbiorów autorki
Mam pamiątkę z tamtych lat: pożółkłą oprawkę ze sztywnego papieru formatu pocztówki z ręcznie nadrukowanymi życzeniami. Niezdarna grafika ma imitować choinkę, w której gałęzie wpleciono napis „pokoju, wolności, sprawiedliwości”. U dołu data – Boże Narodzenie ’84. Na drugiej okładce ciąg dalszy tekstu: „I dobrych świąt życzą domownicy Spotkań ze Sztuką”.

Co zawierała kopertka? Opłatek. Dawał siłę.

Japoński ślub

W tamtym grudniu i styczniu, kiedy milczały telefony i telegrafy, a poczta praktycznie nie działała, zdarzyło mi się być na ślubie. Zaproszenie znalazłam w skrzynce pocztowej. Co to, obiekt z gatunku mail art? Nie mogłam uwierzyć oczom. Nie, to nie było dzieło sztuki. Zapraszano mnie do uczestnictwa w cywilnej ceremonii zaślubin, po której miało nastąpić coś w rodzaju wesela.

Obowiązywał zakaz zgromadzeń, jednak ominięto te ograniczenia, wynajmując… kilka pokoi w jednym z centralnie usytuowanych warszawskich hoteli. Oczywiście, grono gości nie stanowiło zagrożenia dla władz. Każdego z osobna dokładnie sprawdzono. Nie wiem, kto rozprowadzał zaproszenia, jednak z pewnością nie rozesłano ich zwyczajną pocztą. Gdyby nie interwencja dyplomacji, zaproszenia nie dotarłyby do adresatów.

Mimo to ekscytacja była. W samym środku stanu wojennego taki ewent! Mniejsza, kto staje na ślubnym kobiercu. Znaczy – pan młody był w środowisku postacią znaną. Polski Japończyk, wciąż dla wielu egzotyczny Koji Kamoji. Wtedy w ścisłej i zamkniętej awangardzie, dziś szeroko znany, uważany za klasyka polskiej sztuki.

Stan wojenny na grzbiecie

To był czas dziergania i prucia. Coś, co nadawało się na ścierę, przeobrażało się w oryginalny strój.

zobacz więcej
O pannie młodej mało kto cokolwiek wiedział. Jej rysy i sylwetka dawno zatarły mi się w pamięci – poza tym, że nosiła małe druciane okularki.

„Ach, co to był za ślub, panie, panowie, to był wspaniały ślub…” Nie. Nie był.

Biegaliśmy od pokoju hotelowego do kolejnego, żeby zamienić kilka słów z tym czy owym. Nikt nie miał ochoty na tańce. Poza tym jak, skoro ani muzyki, ani orkiestry, a przede wszystkim – wspólnoty. Zostaliśmy wepchnięci w osobne pokoje, jak w klatki. Wbrew nazwie „wesele” feta raziła przygnębieniem gości. A puenta? Może to „Jaruzelskie” fatum, a może inna przyczyna – związek długo nie przetrwał.

Malowałam Korę

Być może z tego powodu będę zapamiętana. Na kilka dni „królowa polskiego rocka” oddała mi się w ręce. Na polskiej scenie muzycznej lat 80. Kora Jackowska nie miała sobie równej ani wokalnie, ani wizualnie. A fotograf Tadeusz Rolke znał się na rzeczy i umiał robić zdjęcia prostymi metodami, bez efekciarstwa. Znałam go i współpracowałam przy jego autorskiej serii malarskich fotosów „Ślady”.

Był czas lekkiego politycznego poluzowania, „znów się można było śmiać”.

Jednak wciąż wśród przeciwników komunistycznych władz publikowanie w oficjalnych mediach, udział w programach radiowych czy TVP uważano za swoistą kolaborację. Też tak sądziłam. Więc jak żyć, za co? Szyłam patchworki, robiłam make up modelkom, pisałam tekściki o modzie do „Płomyka” i sama ilustrowałam te „dobre rady cioci Ady”. Och, czego nie robiłam, żeby zarobić kilka groszy – a tu właśnie nadarzyła się okazja. Właściwie, zabawa.

Było tak. Rolke podchwycił rzucony przez kogoś pomysł, żeby Korę uczynić jedyną bohaterką dużego ściennego kalendarza na rok 1985. Tadeusz nie miał atelier, mieszkał w klitce po matce. Jego majątek stanowiły talent oraz dobre aparaty fotograficzne.

Zamiast w profesjonalnym studio wymyślił nietypowy „plener”: pracownię malarską Edzia Dwurnika. Też żadne cudo, zwykłe mieszkanie na Sadybie, w którym jeden pokój pełnił funkcje robocze. Tłem były obrazy, ustawione frontem bądź rewersem.

Tamta sesja została odnotowana we wspomnieniach Rolkego. No i na zdjęciach. Był łaskaw nie zapomnieć o moim udziale. „Zaprosiłem Monikę Małkowską, która w tej sesji była stylistką. Odpowiadała jednoosobowo za całą tę stronę wizualną”.

Nie miejsce opowiadać, jakimi ciuchami i kosmetykami się wspomagałam. A raczej – co stanowiło ich ersatz. Powiem tylko, że główną rolę odegrały milanowskie jedwabie (miały piękne kolory i wyjątkowo przystępne ceny) motane bezpośrednio na osobie wokalistki oraz… biała pasta do zębów, wtarta w jednym z ujęć w jej włosy. Przydały się również farby Dwurnika.

Tamta moja przygoda jako stylistki-amatorki w oczach wielu osób stanowi o mojej wartości. „Pani malowała Korę, proszę o tym opowiedzieć” – niedawno zostałam poproszona. Po raz kolejny. I tyle.

– Monika Małkowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

SDP 2023
Zdjęcie główne: Warszawa, zima 1982. Tłum ludzi w kolejce przed sklepem. Fot. PAP/Maciej Belina Brzozowski
Zobacz więcej
Felietony wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Pożegnanie z Tygodnikiem TVP
Władze Telewizji Polskiej zadecydowały o likwidacji naszego portalu.
Felietony wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Sprzeczne z Duchem i prawem
Co oznacza możliwość błogosławienia par osób tej samej płci? Kto się cieszy, a kto nie akceptuje?
Felietony wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Autoportret
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Totemy Mashy Gessen w wojnie kulturowej
Sama o sobie mówi: „queerowa, transpłciowa, żydowska osoba”.
Felietony wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Książki od Tygodnika TVP! Konkurs świąteczny
Co Was interesuje, o czych chcielibyście się dowiedzieć więcej?