Rozmowy

Kapitalizm w stylu Gierka, czyli coca-cola w PRL

Poprzez „westernizację” życia codziennego chciał Polakom przekazać: „Bądźcie grzeczni, pracujcie więcej, wydajniej. Wtedy dostaniecie cukiereczki”. Nie mógł korygować narracji dotyczącej Związku Radzieckiego, Układu Warszawskiego, RWPG, podległości i historii Polski – to były tematy albo tabu, albo zakłamane. Dlatego zdecydował się dać społeczeństwu coś na kształt igrzysk, którymi były produkty zachodnie – mówi prof. Jerzy Eisler, historyk, dyrektor oddziału IPN w Warszawie, kierownik Zakładu Badań nad Dziejami Polski po 1945 roku w Instytucie Historii PAN.

TYGODNIK TVP: We wtorek 19 lipca przypada 50. rocznica rozpoczęcia produkcji coca-coli w Browarze Warszawskim, na licencji amerykańskiej. Jak to było możliwe, skoro w bloku państw wschodnich napój ten był uznawany za symbol „zgniłego kapitalizmu”? Chyba można mówić o chichocie historii…

JERZY EISLER:
Rzeczywiście, coca-cola była symbolem „amerykańskiego imperializmu”. Może nawet większym niż General Electric czy Ford. Pamiętam, że jako 14-letni chłopiec, wracając z ojcem z Europy Zachodniej, kupiłem w Wiedniu butelkę coca-coli. Chciałem poczęstować mamę i bliskich tym niemalże świętym napojem. Dziś mogę się z tego śmiać, ale wtedy wszyscy chcieli spróbować coca-coli. Choć trudno było sobie wyrobić zdanie o jej smaku po wypiciu zawartości małej szklaneczki czy wręcz kieliszka do wódki…

Kieliszka do wódki?

Miałem jedną butelkę coca-coli, a chciałem obdzielić nią co najmniej kilka osób. Dostały więc napój nie w szklankach, tylko w kieliszkach.

To było jeszcze przed uruchomieniem w Polsce produkcji.

Tak, zresztą również na Zachodzie coca-cola cieszyła się niebywałą popularnością. Na przykład we Francji, gdzie pojawiła się zaraz po II wojnie światowej, miała takie powodzenie, że producenci win z rejonu Bordeaux zaczęli się obawiać, iż Francuzi zrezygnują z picia sławnych, bardzo dobrych win właśnie na rzecz coca-coli.

Dlaczego w latach 70. peerelowskie władze zdecydowały się uruchomić produkcję napoju będącego symbolem „amerykańskiego imperializmu”?

Jednym z pomysłów Edwarda Gierka i jego doradców była „westernizacja” PRL-u, czyli kopiowanie pewnych elementów życia od społeczeństw zachodnich przełomu lat 60. i 70. XX wieku. Kupienie licencji od koncernu Coca-Cola, a wkrótce też od PepsiCo., wpisywało się w tę koncepcję. Choć nie wykupiono tych licencji na całą Polskę. W jednych województwach była coca-cola, a w innych pepsi-cola. To były symbole amerykańskiego stylu życia.
Kapsel z butelki coca-coli z napisem "Butelkowane przez Browar Warszawa", zdjęcie z lat 1973 – 1988. Fot. NAC/Archiwum Grażyny Rutowskiej, sygn. 40-Z-31
Natomiast – niezależnie od tego, czy się to dzisiaj komuś podoba, czy też nie – ową „westernizację” zapoczątkował już Władysław Gomułka, który nie kojarzy się nam ani z modernizacją, ani z postępem. Tymczasem za jego rządów kupiono licencję Fiata 125p i na Żeraniu uruchomiono masową produkcję tego modelu. Dla Zakładów Radiowych im. Marcina Kasprzaka kupiono licencję od niemieckiej firmy Grundig, na której produkowano magnetofony szpulowe. W Polsce montowano też adaptery na licencji Telefunkena.

Edward Gierek rozpowszechnił to zjawisko, wykorzystując koniunkturę na arenie międzynarodowej – politykę détente, złagodzenie napięcia na linii Waszyngton-Moskwa.

Mieliśmy do czynienia ze śladowym, punktowym sprowadzaniem do Polski produktów powszechnego użytku na Zachodzie. Chociażby holenderskiej czekolady Van Houten czy papierosów Marlboro, które były dobrem luksusowym. Wprawdzie produkowane w Polsce Marlboro w porównaniu z innymi cenami zachodnich papierosów – dostępnymi w „Pewexach” – były stosunkowo tanie, ale i tak były droższe (bodajże o 5-6 złotych za paczkę) od najdroższych polskich papierosów Carmen.

Kupiono też licencję na produkcję „małego fiata”, czyli Fiata 126p. Pamiętam, jak w 1972 roku francuski magazyn motoryzacyjny „Auto Journal” umieścił na okładce pierwsze zdjęcie prototypu tego modelu, podpisanego po prostu jako „Fiat”. Wtedy też dowiedziałem się, że producenci robią sztuczki, mianowicie oklejają prototyp listwami, plastrami – w taki sposób, by przed oficjalnym wprowadzeniem samochodu do sprzedaży konkurencja nie poznała jego prawdziwego kształtu, różnych szczegółów, a tym samym, by nie mogła czegoś skopiować.

W Polsce przyjęło się nazywanie Fiata 126p „samochodem dla Kowalskiego”, ale w rzeczywistości tak nie było. Gdy w połowie lat siedemdziesiątych „Kowalski” zarabiał 4-5 tys. zł miesięcznie, to „maluch” kosztował 69 tys. zł, i to wtedy, gdy kupowano go za talon. Na giełdzie samochodowej fabrycznie nowy Fiat 126p w połowie lat 70. kosztował 120-130 tys. zł, czyli równowartość dwuletnich zarobków przeciętnego „Kowalskiego”.

W latach 70. w ogóle postawiono na rozwój motoryzacji. 1 sierpnia przypada też 50. rocznica zakupu francuskiej licencji na produkcję autobusów marki Berliet. „Autobus w zupełnie nowym stylu” – mówiono o nim w peerelowskiej telewizji.

To była najsławniejsza inwestycja obok produkcji coca-coli i „malucha”. Miał być autobusem dla polskich miast. Ale ja wiedziałem, że Berliet nie jeździ po Paryżu jako autobus miejski. Widziałem go tylko na paryskim lotnisku, gdzie dowoził ludzi z terminalu pasażerskiego do samolotów. To jest zupełnie inny rodzaj usługi. Berliet był zbyt delikatny na autobus miejski w polskich warunkach. We Francji przemieszczało się nim średnio 20-30 pasażerów. U nas tyle osób jeździło się linią nocną, a w godzinach szczytu autobusy były wypchane po brzegi, mieszcząc 100-120 osób. Nic dziwnego, że berliety się psuły. To była chybiona inwestycja.

W PRL-u nikt przed kupnem licencji o tym nie pomyślał?

Plotka głosi, że ogromną rolę w zakupie tej licencji odegrał czynnik polityczny. Duży pakiet akcji Berliet posiadała Francuska Partia Komunistyczna. Firmie średnio się wiodło i Edward Gierek wraz ze swoimi doradcami postanowił ją wspomóc.

Od „Pomożecie?” po „Chcesz cukierka, idź do Gierka”. Tajemnice pamięci historycznej

Zamożność władzy budziła złą krew, ale w stanie wojennym pojawiły się napisy na murach: „Wracaj Edek do koryta, lepszy złodziej, niż bandyta”.

zobacz więcej
Jednakże Francuzom postawiono pewien warunek. Otóż od lat 60. w Mielcu produkowano znakomite silniki dieslowskie na licencji brytyjskiej firmy Leyland. Założenie było więc takie, by kupić licencję na produkcję autobusów, do których wmontuje się silniki Leylanda. Prowadzono rozmowy z Mercedesem, który na to się nie zgodził. Zgodę wyraził koncern Berliet. Możliwe, że za sprawą silników z Mielca polski Berliet był lepszy od francuskiego. Ale i tak był zbyt delikatny na nasze warunki.

Często zakup zachodnich licencji okazywał się nietrafioną inwestycją. Oczywiście zdarzały się też inwestycje udane, jak ciężarówki austriackiej marki Steyr i wspomnianej francuskiej Berliet – wykorzystywane na budowach – ale w PRL-u ich produkcja nie była masowa. Stopniowo produkcja zwiększała się w przypadku Fiata 126p. W drugiej połowie lat 70. zakłady w Bielsku-Białej i Tychach produkowały już kilkadziesiąt tysięcy „maluchów” rocznie.

Można powiedzieć, że stawiając na konsumpcję, Edward Gierek dobrze wyczuwał nastroje społeczne?

Poprzez „westernizację” życia codziennego chciał Polakom przekazać: „Bądźcie grzeczni, pracujcie więcej, wydajniej. Wtedy dostaniecie cukiereczki”. Nie mógł korygować narracji dotyczącej Związku Radzieckiego, Układu Warszawskiego, RWPG, podległości i historii Polski – to były tematy albo tabu, albo zmistyfikowane, zakłamane. Dlatego zdecydował się dać społeczeństwu coś na kształt igrzysk, którymi były produkty zachodnie.

Pamiętam, jak w PRL-u, przed Bożym Narodzeniem, w osiedlowym sklepie spożywczym zobaczyłem piwo Heineken w puszcze. Pomyślałem, że to na pewno jakaś quasi reklama. Ale zapytałem i okazało się, że piwo można kupić. Puszka Heinekena kosztowała wtedy około 12-14 zł. Tymczasem butelka polskiego piwa (nie było jeszcze polskich piw w puszkach): 2-3 zł. Nie wiem jak w zwykłym, osiedlowym sklepie znalazł się Heineken. W każdym razie kupiliśmy z mamą dwie puszki, by tego piwa spróbować.

Wtedy wydawało się, że Gierek rozumie ambicje i oczekiwania Polaków. Dziś wiemy, że jednak nie do końca trafnie odczytywał nastroje społeczne. Bo jak już się dało ludziom „cukierki”, to trzeba było mieć ich tyle, żeby poczęstować wszystkich – i to nie jednym, a wieloma. A to było w tamtych warunkach nierealne. Mam takie powiedzenie, które często powtarzam: „Trzeba było w Polsce zmienić ustrój, żeby rozwiązać problem skupu butelek oraz papieru toaletowego”.

Czy otwarcie na Zachód oznaczało, że w epoce Gierka ideologia komunistyczna nie miała już większego znaczenia?

Nie jestem entuzjastą Edwarda Gierka, wręcz przeciwnie, ale miał on sporo zdrowego rozsądku. Nie był przesiąknięty ideologią, chociaż potrafił być betonowy, twardy…
Wystarczy przywołać jego przemówienie z 14 marca 1968 roku. Gierek, wówczas sekretarz wojewódzki, na wielotysięcznym wiecu w Katowicach wypowiedział słynne słowa o „śląskiej wodzie, która pogruchocze kości” – kierował to do „pogrobowców starego ustroju, rewizjonistów, syjonistów, sługusów imperializmu”.

To było straszne przemówienie. Potrafił mówić w sposób okropny. Niemniej wolał ubierać się w piórka człowieka dialogu, kompromisu. W maju 1980 roku, czyli pół roku po rozpoczęciu radzieckiej agresji na Afganistan, doszło w Warszawie do spotkania Leonida Breżniewa z prezydentem Francji Valérym Giscardem d’Estaingem. Edward Gierek cudownie się czuł w roli gospodarza. Nazwał obu przywódców przyjaciółmi. Podchwyciła to prasa francuska, w której pisano, że po niedawnej śmierci prezydenta Jugosławii, marszałka Josipa Broza Tito możliwe, iż to Gierek będzie pełnił rolę pośrednika między Wschodem i Zachodem. Tyle że cztery miesiące później stracił on władzę.

Czy na jego politykę otwarcia na Zachód miał wpływ fakt, że w dwudziestoleciu międzywojennym i w czasie II wojny światowej mieszkał we Francji i w Belgii?

Na pewno. To wpłynęło na sposób prowadzenia polityki; także na myślenie w kategoriach „cukierków”, które trzeba dać ludziom. Nie wywodził się ze szkoły kapepowskiej. To był komunista w zachodnioeuropejskim stylu. To znaczy, większych różnic między komunistami nie było, natomiast ci, którzy mieszkali na Zachodzie, czy tego chcieli, czy nie, musieli jednak podporządkowywać się pewnym regułom demokratycznym. W realnym socjalizmie nic takiego nie miało miejsca. Dlatego Gierek – jak się wydaje – w porównaniu do innych polskich komunistów, w większym stopniu był skłonny do kompromisów.

W swoich memuarach, opublikowanych po zmianie ustroju, pisał, że jak został I sekretarzem KC PZPR to obiecał sobie, że tak długo, jak będzie sprawował tę funkcję, na ulicach polskich miast nie będzie strzelania do ludzi. I to jest prawdą. Za jego kadencji nie strzelano na ulicach do ludzi, czego nie można powiedzieć o Bierucie, Ochabie, Gomułce i Jaruzelskim.

Niemniej w latach 70. aparat represji również działał prężnie, o czym przekonali się chociażby strajkujący w czerwcu 1976 r. robotnicy z Radomia i Ursusa, bici i aresztowani. A propos lat spędzonych przez Edwarda Gierka na Zachodzie – czy ten fakt nie powinien go jednak obciążać w oczach członków PZPR?

Istnieje taki trop, o którym opowiem bardzo ostrożnie, gdyż trzeba go dopiero przebadać. Otóż Gierek w Belgii mieszkał do 1948 roku. W tym czasie była ona jednym z czterech państw na Zachodzie – obok Francji, Włoch i Austrii – gdzie komuniści posiadali bardzo silne wpływy. W Moskwie liczono, że uda im się tam zdobyć władzę. Dlatego do tych czterech państw wysyłano emisariuszy z ZSRR, którzy przyglądali się sytuacji na miejscu. Ponoć młody Edward Gierek, górnik i działacz komunistyczny, wpadł im w oko, i to „towarzysze radzieccy” w 1948 r. spowodowali ściągnięcie go w trybie pilnym do Polski.

„Gierek”. Neoliberalizm pod pręgierzem

Postkomunizm w kostiumie PRL.

zobacz więcej
Zaledwie kilka miesięcy po przyjeździe, Gierek został delegatem na kongresie zjednoczeniowym PPR i PPS, czyli de facto na pierwszym zjeździe PZPR. Tak więc była to kariera błyskawiczna. Nie można z niego robić outsidera systemu. Mówić, że on tylko rozdawał „cukierki” itd. Nie ma wątpliwości, że miał wiele za uszami. Aby odkryć więcej, będą potrzebne materiały poradzieckie. Choć jeden z kolegów opowiadał mi, że nawet w aktach belgijskiej policji można co nieco na ten temat przeczytać...

Wróćmy do „westernizacji”. Na ile zachodnie wiktuały były dostępne w latach 70.? Czy na przykład można było je kupić na prowincji?

Nie, ponieważ zawsze było ich za mało. Na przykład coca-cola i pepsi-cola, od których zaczęliśmy rozmowę, były dostępne przede wszystkim w hotelowych restauracjach ze średniej i wyższej półki (dziś powiedzielibyśmy – w co najmniej trzygwiazdkowych). Zachodnie produkty nie były więc dla wszystkich. Zresztą wszystkiego było za mało, również wspomnianego papieru toaletowego.

Za rządów Gierka upowszechniono eksport wewnętrzny.

Stworzono Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego „Pewex”, gdzie można było kupić zachodnie towary za dewizy: dolary, a przede wszystkim bony towarowe PeKaO, które nie miały żadnej wartości po przekroczeniu polskiej granicy.

A w jaki sposób „westernizacja” PRL-u przejawiała się w telewizji bądź w kinie?

W październiku 1976 roku do studia Telewizji Polskiej w Warszawie zaproszono zespół ABBA, który był wtedy u szczytu popularności. W ramach promocji kolejnej płyty, zespół wykonał w programie Studio2 premierowe piosenki. To musiało dużo kosztować, ale miało też swój oddźwięk. Ponadto w latach 70. można było obejrzeć więcej zachodnich filmów, szczególnie amerykańskich.

Otwarcie na Zachód zakończyło się jednak kryzysem gospodarczym. Przypomnijmy, że fundusze na zachodnie licencje pochodziły z kredytów (łącznie pożyczono około 20 miliardów dolarów). Władzy przyświecała tzw. koncepcja samospłacających się kredytów, którą można streścić następująco: „Za pieniądze z pożyczek kupimy zachodnie licencje na produkcję i wybudujemy zakłady, w których zostanie wykorzystana tania siła robocza. Wyprodukowane towary będziemy sprzedawać również na Zachodzie, co pozwoli spłacić kredyty”. Co zatem poszło nie tak?

Jak zawsze w tego typu planowaniu – niedoszacowanie, a także hurraoptymizm, który uważam za jedną z naszych największych narodowych wad. I to niezależnie od ustroju. Często przyświeca nam koszmarna filozofia: „Najważniejsze to zacząć, a potem już się jakoś pociągnie”. Jeżeli chciałbym zbudować coś, co kosztuje 100 zł, to powinienem mieć 200 zł, a nie 20 i opowiadać, że „ważne, by zacząć, a potem samo pójdzie”. Nic nie pójdzie samo.
Wizyta Edwarda Gierka w Stanach Zjednoczonych Ameryki 8-13 października 1974 r. I sekretarz PZPR na farmie Jacka Garretta. Fot. PAP/Jan Morek
Czyli fundusze zostały zmarnotrawione?

Tak, a potem doszły koszty obsługi długów, odsetki… Często sposób, w jaki wydawano pieniądze z kredytów był przykładem głupoty. W połowie lat 70. władze do tego stopnia kombinowały, by rozwijać handel z Zachodem, że zarządziły sprowadzanie z Austrii… drewnianych patyczków do lizaków. Po prostu katastrofa. Inny przykład: władze cieszyły się, że dość tanio kupiły licencję na produkcję ciągników rolniczych Massey Ferguson. Tyle że opierała się ona nie na systemie metrycznym, tylko na systemie calowym, do czego nie byliśmy przygotowani od strony technicznej. Nie mieliśmy odpowiednich narzędzi do produkcji tych ciągników. Takich przykładów było wiele.

Edward Gierek tłumaczył się po latach, że wzrost zadłużenia wiązał się m.in. ze zmianą kursu walut. Zrzucał też odpowiedzialność na swoich następców.

Gdy doszedł do władzy, kredyty były tanie, a ich uzyskanie na rynkach międzynarodowych – proste. Ale pod koniec 1973 roku, za sprawą wojny Jom Kippur, rozpoczął się wielki kryzys naftowy. Państwa arabskie blokowały sprzedaż ropy naftowej państwom popierającym Izrael. Znacznie też ograniczyły jej wydobycie. To odbiło się na kredytach. Edward Gierek często podnosił ten argument w swoich książkach. Akurat w tej kwestii miał rację. Natomiast było też wiele karygodnych błędów samego Gierka i jego współpracowników. „Im więcej władzy, tym więcej odpowiedzialności” – to zdanie powinno być nadrukowane na polskich banknotach.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
W relacjach z tamtych czasów często się relatywizuje, że Gierek był w gruncie rzeczy dobrym komunistą, bo otworzył PRL na Zachód i ogólnie to chciał dobrze, ale zwyczajnie mu nie wyszł. Czy dzisiaj nie ulegamy pewnemu złudzeniu i nie patrzymy na rządy Gierka przez różowe okulary?

Jego ocena zależy od skali porównawczej. Jeżeli porównamy Gierka z Bierutem, Gomułką, Kanią czy Jaruzelskim, to na tym tle prezentuje się nienajgorzej. Był niezłym mówcą, miał prezencję, podczas wizyt gospodarskich potrafił nawiązać kontakt z tzw. prostymi ludźmi, całował panie w ręce itd. To wszystko było inne od tego, co obserwowaliśmy za rządów Gomułki. Zresztą Gierek miał poprzeczkę zawieszoną bardzo nisko. Jego poprzednik, za sprawą wielogodzinnych, odczytywanych z kartki przemówień, pełnych nazwisk, liczb, szczegółów, których nie sposób zapamiętać, był negatywnym przykładem medialności polityka.

Kilka lat temu, w rozmowie z prof. Antonim Dudkiem – z okazji promocji pana książki „Siedmiu wspaniałych” o I sekretarzach KC PZPR – powiedział pan jednak, że Edward Gierek zakaził naszą świadomość. „Tamci bili, mordowali, niszczyli, a ten sączył truciznę. (…) W długim trwaniu on nam zrobił największą krzywdę. Jeśli ktoś przerabiał Polaków na peerelowców, to w największym chyba stopniu Edward Gierek” – mówił pan podczas spotkania w Przystanku Historia.

Rzeczywiście kupił on zachodnimi produktami, o których mówiliśmy, dużą część społeczeństwa. Dawał złudzenie, że niby u nas jest jak na Zachodzie. Ale nie było jak na Zachodzie – z przyczyn, o których publicznie nie można było dyskutować.

Natomiast jego rządom towarzyszyła jednak pewna liberalizacja – filmy, które były wcześniej zakazane, trafiały do kin. To samo dotyczyło niektórych książek, które pojawiały się w księgarniach, choć część z nich została z czasem wycofana z obiegu. Dla mnie Gierek był… miglancem. Z jednej strony spryciarzem, cwaniakiem. Z drugiej zaś politykiem, który potrafił być partnerem dla amerykańskich prezydentów.

– rozmawiał Łukasz Lubański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Mężczyzna z flagą chwalącą Edwarda Gierka spaceruje po ulicach Katowic podczas obchodów 20. rocznicy pierwszych wolnych wyborów w Polsce, 4 czerwca 2009. Fot. PAP/Andrzej Grygiel
Zobacz więcej
Rozmowy wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Zarzucał Polakom, że miast dobić wroga, są mu w stanie przebaczyć
On nie ryzykował, tylko kalkulował. Nie kapitulował, choć ponosił klęski.
Rozmowy wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
W większości kultur rok zaczynał się na wiosnę
Tradycji chrześcijańskiej świat zawdzięcza system tygodniowy i dzień święty co siedem dni.
Rozmowy wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Japończycy świętują Wigilię jak walentynki
Znają dobrze i lubią jedną polską kolędę: „Lulajże Jezuniu”.
Rozmowy wydanie 15.12.2023 – 22.12.2023
Beton w kolorze czerwonym
Gomułka cieszył się, gdy gdy ktoś napisał na murze: „PPR - ch..e”. Bo dotąd pisano „PPR - Płatne Pachołki Rosji”.
Rozmowy wydanie 8.12.2023 – 15.12.2023
Człowiek cienia: Wystarcza mi stać pod Mount Everestem i patrzeć
Czy mój krzyk zostanie wysłuchany? – pyta Janusz Kukuła, dyrektor Teatru Polskiego Radia.