Rozmowy

Mer Żytomierza: Uchodźcy zobaczyli w Polsce inną rzeczywistość i przywiozą to z sobą na Ukrainę

Jaki odsetek Ukraińców w 2002 roku wiedział, czym jest Polska? Bardzo mały. A w ciągu 20 lat Polska zrobiła ogromny skok rozwojowy. Ostatnio w Polsce znalazło się ponad 5 milionów Ukraińców, widzieli tu inną rzeczywistość i doświadczyli jej. Mam nadzieję, że wrócą na Ukrainę, a to, co ze sobą przywiozą – pamięć o życzliwości Polaków, tego co Polska dla nich zrobiła w czasie wojny – będzie miało wpływ także na naszych polityków – mówi Serhij Iwanowycz Suchomłyn, mer Żytomierza.

TYGODNIK TVP: Wojna na Ukrainie trwa już 20 miesięcy i przez ten czas byliśmy świadkami ostrzałów Żytomierza. Patrzyliśmy ze zgrozą chociażby na zbombardowany budynek Liceum Matematycznego nr 25. Jednak Żytomierz, nie leżąc w strefie przyfrontowej, może się wydawać względnie bezpieczny choćby ewakuantom ze wschodu. Jaki jest stosunek żytomierzan do uchodźców wewnętrznych, przybywających tutaj od lutego 2022 roku?

SERHIJ SUCHOMŁYN:
Od początku rosyjskiej agresji Żytomierz był celem dość licznych ataków. Już pierwszej nocy doszło do uderzeń rakietowych w okolicach miasta. Zdarzało się, że w ciągu jednego dnia w pobliżu Żytomierza dokonywano ponad 20 uderzeń, niechlubny rekord to 24 takie przypadki. Zrujnowano nam nie tylko szkołę, również wiele obiektów mieszkalnych i przemysłowych oraz duże obiekty energetyczne, podstacje transformatorowe dostarczające miastu prąd. To dlatego większość uchodźców wojennych przybywających do Żytomierza, szczególnie w pierwszych tygodniach i miesiącach, zatrzymywała się tu tylko dwa-trzy dni. Wysyłaliśmy ich następnie na zachodnią Ukrainę i w ten sposób pracowaliśmy jako centrum logistyczne. A ponieważ wiele osób uciekło z obwodu kijowskiego – Irpienia, Buczy i innych miejscowości – pomagaliśmy im przy użyciu autobusów naszego przedsiębiorstwa komunikacji miejskiej.

W Żytomierzu nie zarejestrowaliśmy jakiejś nadzwyczajnej liczby uchodźców wewnętrznych, oficjalne dane mówią o 14 tysiącach. Ale powiem szczerze: jest nas więcej, niżby to wynikało z prostego zsumowania danych liczbowych. Nie wszyscy są oficjalnie zarejestrowani. Niekiedy po prostu nie mają na to czasu.

Dziś na wschodzie Ukrainy zniszczono wiele miast i nawet kiedy Ukraina odniesie zwycięstwo, części z nich nie uda się odbudować lub nie będzie to miało sensu. Jesteśmy zainteresowani zatrzymaniem tych ludzi w Żytomierzu, postrzegamy bowiem uchodźców jako naszą szansę. Pamiętajmy, że niektórzy wyjechali, inni zostali zmobilizowani. Chcemy rozwoju miasta, a może się rozwijać, kiedy są tu dzieci i młodzież, kiedy są ludzie zdolni do pracy. Tak więc uchodźcy wojenni nie stanowią dla nas ciężaru, przeciwnie, dają więcej możliwości.
Zbombardowane przez Rosjan domy w Żytomierzu, 6 marca 2022. Fot. Konrad Falecki / Gazeta Polska / Forum
Zatem przyjazd uchodźców ze wschodu wypełnia lukę, która powstała w związku z tym, że część ludzi wyjechała?

Tak, mam nadzieję, że choć Polska stwarza ukraińskim uchodźcom bardzo dobre warunki, oni jednak wrócą do naszego miasta.

Jasne, doskonale rozumiem to stanowisko. Ukraina będzie musiała odzyskać swoich pracowników. I właśnie: w jakim stanie znajdują się żytomierskie przedsiębiorstwa. Czy wraz z uchodźcami ze wschodu przyjeżdża stamtąd biznes?

Praktycznie nie. Pierwsza fala relokacji przedsiębiorstw, która miała miejsce wiosną ubiegłego roku, była dość duża: przeniesiono tysiące firm, zarówno małych, jak i średnich. One swoją produkcję umieściły głównie na zachodniej Ukrainie, w obwodach iwanofrankiwskim, lwowskim, zakarpackim. Do Żytomierza przeniosło się dosłownie 5-6 firm i w większości są to małe przedsiębiorstwa. Ale dla żytomierskiego biznesu, z którego odeszło do wojska wielu mężczyzn, uchodźcy stanowią życiodajną siłę. W czasie wojny, w marcu tego roku, otworzyliśmy zakład przetwarzania odpadów, który inwestorzy budowali przez dwa lata. Dobiegła też końca budowa dużej włoskiej firmy o nazwie „Ferplast”, trzeba tylko uzupełnić wyposażenie. To marka znana na całym świecie. A zatem biznes rozwija się mimo niekorzystnych warunków, a uchodźcy wewnętrzni są szansą, ponieważ – podkreślę raz jeszcze – działalność gospodarcza, co do zasady, przenosi się na zachód kraju.

No tak, to by współgrało z tym, co powiedział pan na początku, że Żytomierz był dla wielu jedynie przystankiem w drodze na zachód. Trudno przenosić tu biznes na dwa-trzy dni…

Powiem tak: wysunięte jednostki wojsk rosyjskich wdarły się do rejonu żytomierskiego na odległość 30 kilometrów od miasta (w czasie próby zajęcia Kijowa na początku wojny), więc i tutaj nie było bezpiecznie.

À propos bezpieczeństwa: czy Żytomierz jest przygotowany na potencjalne ostrzały infrastruktury krytycznej, jakie pamiętamy z jesieni zeszłego roku?

W zeszłym sezonie grzewczym, czyli podczas zimy radziliśmy sobie całkiem nieźle. Uważam, że nasza sytuacja była jedną z najlepszych na Ukrainie, gdyż w większości ukraińskich miast – m.in. we Lwowie, Chmielnickim, Winnicy i Kijowie – codziennie przez kilka godzin notowano przerwy w dostawie prądu. Prawie nie mieliśmy takich awarii. Dlaczego? Nie dlatego, że dostaliśmy wyższy limit energetyczny. Dostaliśmy taki sam limit, jak w innych miastach. Ale dobrze się przygotowaliśmy – zanim wybuchła wojna, przez 5-6 lat pracowaliśmy nad infrastrukturą.

Jeśli mowa o firmie dostarczającej ciepło do Żytomierza (przedsiębiorstwo użyteczności publicznej), to do ostatniego sezonu grzewczego wiedzieliśmy, że Rosja może uderzyć w kotłownie, duże kotłownie. Mamy ich w mieście 34 i zrobiliśmy między nimi połączenia: kiedy jedna ulega awarii, jesteśmy w stanie wyrównać ten brak dzięki innym. To po pierwsze.

Po drugie, przez ten czas zbudowaliśmy już 4 kotłownie drzewne. Pracują pełną parą opalane drewnianymi ścinkami, a jeśli tego nie wystarcza w godzinach szczytu, dodajemy gaz. W 2014 roku Żytomierz zużył do ogrzewania 95 milionów metrów sześciennych gazu, a w ostatnim sezonie grzewczym zużyliśmy 47 mln m3 gazu. Tak naprawdę kotłownie mamy w każdej dzielnicy – gdyby były problemy z dostawami gazu, gdyby wróg uderzył z dużą siłą w sieci gazowe, to owszem, nie zapewnimy komfortowej temperatury, ale dzięki tym kotłowniom nie dopuścimy, by system stanął.

Po trzecie, mamy generatory. Od 1 stycznia około 40% wszystkich obiektów „Wodokanału” i „Tepłokomunenerho” było już wyposażonych w generatory o mocy od 100 kW do 1,6 MW.

Zełenski nie budzi tu entuzjazmu. Żytomierz ukraiński, ale niedaleki od Rosji

Mieszkańcy niechętnie przyznają, że prezydent dobrze się spisuje.

zobacz więcej
I po czwarte, każdego dnia w sezonie grzewczym firma dostarczająca prąd uświadamiała nam granice naszych możliwości. Przykładowo o godzinie 16:00, kiedy zaczyna się szczyt, w mieście brakuje 12 MW prądu. Rozumieliśmy, że jeśli nic nie zrobimy, całe miasto po prostu przestanie funkcjonować. Wyłączyliśmy ponad połowę kotłowni, oszczędzając w ten sposób 6-8 MW, a w ciągu dnia dogrzewaliśmy pomieszczenia w inny sposób. Usunęliśmy z tras około 20-30 trolejbusów, zwalniając w ten sposób jeszcze kilka megawatów i wyłączaliśmy np. stację pierwszego ujęcia „Wodokanału”, która pompuje wodę do zbiorników, bo zrozumieliśmy, że przez 8 godzin woda i tak będzie. Zatem ludzie tego nie odczuli, a my uwolniliśmy 12 MW, przebrnęliśmy przez to i nie wyłączyliśmy miasta. Następnie w nocy wszystko uruchamiano od nowa, miasto zostało całkowicie ogrzane, do zbiorników wlewano wodę, a gdy nadszedł poranny szczyt, wszystko wyłączaliśmy w ten sam sposób. Dzięki temu przetrwaliśmy praktycznie bez przestojów. W tym roku nasza sytuacja jeszcze się poprawiła, ponieważ instalujemy dwie kolejne kotłownie drzewne. Dodatkowo zakupiliśmy trzy kotłownie modułowe, na wypadek, gdyby w jakiejś okolicy przytrafił się atak. Będziemy mogli podłączyć taką kotłownię i zapewnić ludziom ciepło w ciągu dnia.

Mówimy o kotłowniach mobilnych?

Tak. Kupiliśmy trzy takie kotłownie, dwie opalane drewnem i jedną gazową. W ten sposób będziemy w stanie pokryć zapotrzebowanie dużego szpitala albo małej dzielnicy. W tym roku 100% obiektów „Tepłokomunenerho” i „Wodokanału” zostało wyposażonych w generatory. Było 40%, teraz jest 100%. To 84 generatory dużej mocy. Dodatkowo, dzięki USAID (United States Agency for International Development – Agencja Stanów Zjednoczonych ds. Rozwoju Międzynarodowego) otrzymaliśmy już dwa generatory tłokowe gazowe, co dodatkowo zapewni nam możliwość pozyskania 1,6 MW energii elektrycznej. Ponadto realizujemy projekt budowy elektrowni fotowoltaicznych na terenie obiektów „Wodokanału”, w których znajdują się pompownie i oczyszczalnie o łącznej mocy 2,7 MW energii elektrycznej. Zimą oczywiście dadzą mniej, ale latem uzyskamy 2,7 MW.

To jest dla mnie wiedza odrobinę tajemna, czy energię z tych słonecznych kolektorów można zmagazynować latem, by wykorzystać ją zimą?

Niestety nie. Takie technologie istnieją, można również instalować baterie. Co do pierwszej możliwości – istnieją nowoczesne technologie piasku kwarcowego, który latem nagrzewany jest w wielkich zbiornikach do wysokiej temperatury, a dzięki swojej bezwładności cieplnej grzeje zimą. Na razie „startup” mamy inny.

Zostańmy przy Żytomierzu, ale zmieńmy nieco kontekst. Przypomnijmy: kwotowo rzecz ujmując, ten obwód stanowi serce polskości na Ukrainie. Wcale nie Lwów, czy ziemia lwowska z dopiero 3. miejscem pod względem liczby Polaków, ale właśnie Żytomierszczyzna. Od lutego 2016 jest w mieście ulica nosząca imię śp. Lecha Kaczyńskiego, od maja 2017 jest tablica pamiątkowa mu poświęcona, która pisze o polskim prezydencie jako o „przyjacielu Ukrainy”. Okazał się nie tylko przyjacielem, ale również – niestety – prorokiem, jeśli chodzi o rosyjski imperializm. Czy pana zdaniem można wykorzystać dziedzictwo nieżyjącego prezydenta RP do umacniania stosunków polsko-ukraińskich, zwłaszcza tu, w Żytomierzu?

W Żytomierzu zawsze funkcjonowała bardzo duża społeczność polska, a wpływ kultury polskiej na Żytomierz jest również historycznie bardzo duży. I nie chodzi tu nawet o historię, ale o łączność duchową. Wyjaśnię, co mam na myśli. Mamy miasta partnerskie, na przykład Kutaisi.…
Żytomierska tablica upamiętniająca Lecha Kaczyńskiego wisi na ścianie budynku prokuratury okręgowej przy ulicy … Lecha Kaczyńskiego 2. Fot. DSK
Jest też Płock i Bytom!

Tak, właśnie o tym mówię. Mieliśmy bardzo dobre stosunki z Kutaisi, Gruzini zawsze wspierali Ukrainę, a Ukraina zawsze wspierała Gruzję. Kiedy jednak zmieniła się u nich sytuacja polityczna i przyszedł burmistrz z innej partii, przez prawie 2 lata wojny nie było od nich ani jednego listu, ani jednego telefonu. Natomiast niemal od razu, jakoś po godzinie 16:00 zadzwonił do mnie burmistrz Płocka i zaproponował pomoc, zapytał o nasze potrzeby.

Jak rozumiem, 24 lutego 2022?

Tak. Potem był telefon z Bytomia, następnie z Oświęcimia. Około miesiąc później Gdynia zaoferowała nam partnerstwo i pomoc – sama z siebie. Lublin bardzo pomógł. Tak samo Rawicz, małe polskie miasteczko, ale ile zrobili, jaką pomoc wysłali! Tamtejszy burmistrz sam zaangażował się w zbiórkę pomocy, posortował ją i wysłał. Prezydent Płocka przyjmował Ukraińców u siebie. Prezydent Oświęcimia z własnej inicjatywy odbierał ciężarne kobiety z pociągów i załatwiał im mieszkania.

Mieliśmy takie wrażenie, że mimo koszmaru wojny, dzieje się coś pięknego w stosunkach polsko-ukraińskich.

Dziś też czasami jest w tych relacjach sporo polityki, myślę o tym, co działo się przed wyborami, o wypowiedziach naszych polityków i polskich polityków. W 2016 roku zgodnie z prawem dostałem dwa miesiące na to, abym mógł samodzielnie zmienić nazwy ulic, swoją decyzją, bez udziału rady miejskiej. Wydałem wtedy dwie decyzje: w sprawie ulic Jana Pawła II i Lecha Kaczyńskiego. Ta druga znajduje się w samym centrum miasta. Jednak dziś jest już czas na budowanie wspólnej przyszłości. W sprawach historycznych za jakiś czas osiągniemy porozumienie, natomiast dzisiaj wszelkie wysiłki należy skierować na poszukiwanie tego, co nas łączy, co pozwala nam pomagać sobie wzajemnie. Trzeba pomyśleć o tym, jak będziemy tworzyć projekty budujące wspólną przyszłość Polski i Ukrainy, to jest najważniejsze.

W którą stronę, po wyborach parlamentarnych w Polsce, ewoluować będą oficjalne stosunki polsko-ukraińskie?

Nie znam się zbyt dobrze na polskiej polityce, więc nie chcę zabrzmieć jak wizjoner, jeśli chodzi o rozwój stosunków, ale myślę, że nie mamy wyboru, bo kiedyś Polacy wyciągnęli pomocną dłoń do Ukrainy i ta emocja, ta energia nie była zależna od tego, który polityk był u władzy. Na pewno nigdy tego nie zapomnimy. Myślę, że żadna polityka nie będzie w stanie strategicznie zmienić czegoś w stosunkach Ukrainy i Polski. Każdy z nas ma swoje mankamenty w polityce zagranicznej, ale dzisiaj Ukraina przed imperium rosyjskim chroni również Polskę. Wszyscy rozumiemy aż nadto dobrze, że jeśli Ukraina upadnie, następne mogą być kraje bałtyckie, będzie kolejna próba budowy korytarza przez rejon suwalski do Kaliningradu… Moment! Teraz to już nie Kaliningrad, tylko...

Królewiec.

Właśnie! Mój syn, który służy w armii, w zeszłym roku szkolił się w polskiej bazie wojskowej, dlatego uważam, że pomoc, która przyszła do nas z Polski jest nieoceniona. Nie mamy innego wyjścia, jak tylko znaleźć porozumienie. Przede wszystkim chodzi tu o polityków, bo nasze narody zdecydowanie już to porozumienie znalazły.

A zatem zgodzi się pan z tezą, iż doszło tu do pewnej inwersji: o ile przed rokiem 2022, od lat 90. XX wieku, oficjalne stosunki polsko-ukraińskie były deklaratywnie w porządku, to społeczeństwa się nie komunikowały. Natomiast obecnie, niezależnie od pewnych tarć w polityce, na bazie silnej emocji wywołanej wojną zbudowano oddolnie przyjaźń polsko-ukraińską – między społeczeństwami – i tej przyjaźni już tak łatwo nie będzie można zniszczyć?

Tak. Rada Najwyższa przyjęła ustawę praktycznie zrównującą w prawach Polaków z Ukraińcami (w 2022 r. przyznano Polakom tzw. status specjalny). Jaki odsetek Ukraińców w 2002 roku wiedział, czym jest Polska? Bardzo mały. W tym czasie, w ciągu 20 lat, Polska zrobiła ogromny skok rozwojowy. Ostatnimi czasy, w szczytowym momencie w Polsce znalazło się ponad 5 milionów Ukraińców, nawet jeśli tylko przejeżdżali przez pana kraj. To ludzie, którzy widzieli inną rzeczywistość i doświadczyli jej. Mam nadzieję, że większość z nich wróci na Ukrainę. To, co ze sobą przywiozą – doświadczenie życzliwości Polaków wobec nich, to, co Polska dla nich zrobiła w czasie wojny – będzie miało wpływ także na naszych polityków. Nie występuję tu jako adwokat Polski, aczkolwiek w przeszłości byłem wojskowym i widziałem, jakie decyzje Polska podejmowała w sprawie dostaw broni, jaką brała na siebie odpowiedzialność, podczas gdy inne kraje europejskie, kraje duże, potężne, posiadające broń nuklearną, nie były w stanie podjąć pewnych decyzji. A Polska po prostu dała wszystko, co mogła dać.
Cmentarze rosną… Smoliański Cmentarz Wojskowy w Żytomierzu. Każda niebiesko-żółta oznacza jedną ofiarę w wojnie obronnej przeciw Rosji. Fot. DSK
Chciałbym rozwinąć wątek polityki ogólnoukraińskiej. Zgodnie z konstytucją wybory parlamentarne powinny odbyć się tutaj w tym roku. Ale się nie odbędą, ponieważ trwa stan wojenny. Jakie są, pana zdaniem, warunki minimalne, by można było rozmawiać o organizacji wyborów parlamentarnych?

Niestety, myślę, że tak czy owak wybory parlamentarne się odbędą. To po pierwsze…

Odbędą się?

Zostaną zorganizowane na wiosnę lub latem przyszłego roku. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że zgodnie z Konstytucją Ukrainy w czasie stanu wojennego można przełożyć wybory parlamentarne, natomiast wyborów prezydenckich nie można. I jeśli mamy robić wybory, to jednocześnie prezydenckie i parlamentarne. Osobiście nie jestem zadowolony z takiego pomysłu, dużo rozmawiałem na ten temat zarówno z politykami europejskimi, jak i amerykańskimi. Mówią, że demokracja musi działać w czasie wojny, muszą się odbyć wybory, na co ja wyciągam przykład II wojny światowej, kiedy w Anglii przez wiele lat nie było wyborów...

Odbyły się dopiero w 1945 roku.

Tak. Ale nawet jeśli tak się stanie, jest to skomplikowana sprawa. Da się je przeprowadzić, nie twierdzę, że nie jest to możliwe. Na przykład nie w ciągu jednego dnia, ale dać na to cały tydzień. Można, aby zapewnić personelowi wojskowemu możliwość głosowania i ubiegania się o urząd, zmienić ustawodawstwo i utajnić listy partyjne, zrezygnować z wyborów większościowych, aby nie prowadzić agitacji, ale by partia wystawiła swoją listę i głosować na nią, jak na blok. Można to wszystko zrobić, ale...

Pytanie, czy jest sens?

Właśnie, czy jest sens? W grę wchodzą pieniądze, trzeba mieć zasoby, a co najważniejsze, w czasie wojny konkurencja sił politycznych na pewno nie sprzyja stabilności kraju. To jeden z newralgicznych momentów i on wstrząśnie sytuacją wewnętrzną w kraju. I w końcu – takie jest moje osobiste zdanie – nawet jeśli te wybory przeżyjemy, wybierzemy nowy parlament, to po zakończeniu wojny i tak od razu odbędą się następne wybory, bo taka będzie wola społeczeństwa.

Społeczeństwo dostanie sygnał, że demokracja została odblokowana…

Tak, i społeczeństwo będzie domagało się nowych wyborów. Jaki jest zatem sens wstrzymywania ich dzisiaj? Dla mnie jest wiele negatywów, ale myślę, że wybory będą.

Jest pan współzałożycielem partii „Propozycja”, zrzeszającej samorządowców nieodnajdujących się w dotychczasowych podziałach politycznych, czy mówiąc dokładnie: jeszcze przedwojennych podziałach politycznych. Czy „Propozycja” ma ambicję współkreować politykę centralną?

Partia „Propozycja” to projekt polityczny samorządu lokalnego, z którego wywodzą się merowie takich miast, jak Dniepr, Żytomierz, Kropywnycki, Berdyczów, Korostyszów, kilku merów w obwodzie żytomierskim. Dzisiaj, szczerze mówiąc, w takich warunkach nie widzę sensu, by partia „Propozycja” brała udział w wyborach do Rady Najwyższej. To ogromny wysiłek: czasowy, ludzki, finansowy. Nie sądzę, że należy to robić, gdy kraj jest w stanie wojny. Mój stosunek do tych wyborów wyraziłem już powyżej.

Ale załóżmy na chwilę, że wraca normalne życie polityczne. Czy wówczas „Propozycja” zgłosi swych kandydatów do Rady Najwyższej?

Myślę, że to może nie być „Propozycja”. Mogłaby to być koalicja partii reprezentujących samorząd lokalny, bo w wielu miastach przyszli do władzy ludzie z innych małych sił politycznych. Na przykład w Chmielnickim czy Tarnopolu władze wywodzą się z takich ruchów, małych projektów politycznych. Samorząd terytorialny powinien brać udział w pracach parlamentu, bo reforma decentralizacyjna jest jedną z naszych najbardziej udanych reform, więc należy ją kontynuować. To się jeszcze nie skończyło, jeszcze daleko do zakończenia. Dlatego samorząd lokalny powinien być reprezentowany w Radzie Najwyższej, ale niestety, moim zdaniem, w tych wyborach tak się nie stanie.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
Gmach komitetu wykonawczego rady miejskiej (merostwa) Żytomierza, znajduje się na skrzyżowaniu Wielkiej Berdyczowskiej i Mychajłowskiej. Fot. DSK
Decentralizacja oznacza delegowanie części władzy do samorządu, zgodnie z zasadą pomocniczości. Ta zaś kojarzy się z Unią Europejską, w której główną rolę odgrywają Niemcy. Czy w związku z tym, że Ameryka ma problemy w różnych częściach świata i kłopoty ze swoją opinią publiczną, pana zdaniem USA będą nie tyle wycofywać się z międzynarodowej pomocy dla Ukrainy, co będą chciały scedować koordynację tej pomocy na Niemcy, jako na najsilniejszego gracza w Europie?

Niemcy, moim zdaniem, przejmą tę rolę. Mogę też, jako prezydent miasta, powiedzieć, że wysoko cenię współpracę z Polską i Wielką Brytanią. Dlaczego z Polską? Przede wszystkim dlatego, że jesteście nam bliscy mentalnie. Po drugie dlatego, że reformy, czy szerzej – transformacja, jaką przeszła Polska przed przystąpieniem do Unii Europejskiej i w jego trakcie, przebiegły znacznie szybciej i skuteczniej niż wiele innych reform wprowadzonych w krajach Starej Europy. Ukraina nie ma czasu, by przez długie lata po wojnie zarówno wdrażać reformy, jak i dokonywać transformacji.

Wszystko trzeba robić jednocześnie…

Tak. Potrzebujemy szybkiej transformacji, a nie tylko odbudowy Ukrainy. Polskie doświadczenia mogłyby być dla nas cenniejsze. To moja opinia. Ale Niemcy będą to robić, jako najsilniejsza gospodarka.

A jak ta wojna wpłynęła na pana osobiście? Jak pan wytrzymuje praktycznie dwudziestoczterogodzinny reżym, nazywany dzisiaj czasem 24/7?

Dziś jest to dużo łatwiejsze. Mieszkam w centrum miasta, niedaleko stąd. Pierwszego dnia wojny byłem tu już około 5 rano, o 7 lub 8 mieliśmy sesję Rady Miejskiej. I tak właściwie przez miesiąc nie wychodziłem z tego biura całą dobę. Przez miesiąc nie byłem w domu ani razu!

Czyli merostwo pełniło też funkcję sypialni?

Tu spaliśmy, na podłodze, tam mamy kanapę. Było nas czterech. Ciągle się zmienialiśmy, bo w czasie nalotów schodziliśmy dwa piętra niżej, na parter, ponieważ gmach nie posiada schronu bombowego z prawdziwego zdarzenia. Tu są drewniane stropy, więc nie wiem, czy to by nam pomogło, ale psychologicznie było trochę łatwiej.

Stalowe nerwy.

W pierwszych tygodniach, kiedy doświadczaliśmy ataków na sektor prywatny, pracowaliśmy tu całą dobę. Już pierwszego dnia rozpoczęliśmy budowę obiektów obronnych w Żytomierzu i okolicach, po tygodniu budowaliśmy umocnienia w promieniu około 30 kilometrów od miasta. Tak samo, kiedy mieliśmy do czynienia z wybuchami na lotnisku wojskowym w Ozernym, kiedy nadlatywała rakieta lub bomba. Bo trzeba wiedzieć, że na początku operowały tu rosyjskie samoloty, nie mieliśmy odpowiedniej obrony przeciwlotniczej, rosyjskie samoloty startowały z Białorusi i z małej wysokości zrzucały bomby w pobliżu szpitala i budynków mieszkalnych...

Strach pomyśleć, co by się stało w rejonie koroliowskim, gdzie jest kilka szpitali, dosłownie jeden obok drugiego.

Tam i niedaleko ulicy Żujka w pobliżu mostu wróg próbował zaatakować „Tepłokomunenerho”. Kiedy otrzymujesz zadanie opracowane przez wojskowych, bo akurat na środku betonowego pasa startowego jest wyrwa, przez którą samoloty nie mogą latać – a jest wieczór, zima! – po prostu działasz. Znaleźliśmy sprzęt, znaleźliśmy sposób na zdobycie ogromnej frezarki do betonu od chińskiej firmy budującej nam wtedy obwodnicę. Pracowali całą noc, zniwelowali teren, zrobili wszystko i już o 11 rano samoloty wystartowały. I tak było przez cały czas, tak pracowaliśmy. Poza tym robiliśmy mnóstwo innych rzeczy. Otrzymaliśmy także i rozdaliśmy broń, zapewnialiśmy ochronę obiektów strategicznych. W kwietniu syn wstąpił do wojska, było dość ciężko, żona nie chciała nigdzie wyjeżdżać… Mam jeszcze dwie córki, wysłałem je z rodzicami do Mołdawii, zostały tam trzy tygodnie, wróciły i są tu na stałe. Dlatego mogę powiedzieć, że u mnie wszystko w porządku.
Serhij Suchomłyn w swoim gabinecie, w rozmowie z autorem wywiadu. Fot. DSK
Mówił pan – i miło było tego słuchać – że Polska może być wzorem dla Ukrainy jeśli chodzi o transformację. Od siebie pragnę dodać, że Ukraina może być wzorem dla Polski jeśli chodzi o odporność i organizację w tak trudnych, stresujących warunkach.

Ukraina zawsze miała pod górkę. To trochę żart, ale są tu konteksty historyczne. Proszę spojrzeć na kozacką Ukrainę. Były to właściwie osady chłopskie, niewielka liczba miast. Spokojne życie, ale jeśli przyszedł wróg, wszyscy zbierali się i razem go odrzucali. Zatem sytuacja jest mniej więcej taka sama. Pozostało to w naszym DNA. W pierwszych dniach po ataku w komisariacie wojskowym ustawiały się kolejki chętnych na 500 metrów, nie było wystarczającej liczby brygad, by wszyscy otrzymali przydział. Dziś w Żytomierzu działa 44. Brygada Specjalnego Przeznaczenia, kilka tysięcy ludzi. Została zawiązana w moim gabinecie na początku marca. Poprosiliśmy Sztab Generalny o zgodę na zarejestrowanie brygady, gdyż w Żytomierzu było bardzo dużo chętnych do wojska, a w innych brygadach nie było miejsc. A dzisiaj w Żytomierzu zarejestrowana jest: 95. Brygada, 44. Brygada, 148. Brygada Desantowo-Szturmowa, 46. Brygada Desantowo-Szturmowa, dwa duże ośrodki szkoleniowe liczące po kilka tysięcy ludzi każdy, kilka odrębnych batalionów walczących dziś na wschodzie, i brygada obrony terytorialnej. Ogromna liczba personelu wojskowego. Powiem, że w 2014 roku obwód żytomierski był na pierwszym miejscu pod względem liczby osób, które zaciągnęły się na ochotnika. Obwód żytomierski, a nie zachodnia Ukraina.

– rozmawiał Dominik Szczęsny-Kostanecki

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Wywiad przeprowadzono 20 października..
Serhij Suchomłyn. Fot. DSK
Serhij Iwanowycz Suchomłyn (ur. 1971) – ukraiński przedsiębiorca, wojskowy, polityk. Dwukrotnie (2015, 2020) wybrany przewodniczącym miejskiego komitetu wykonawczego (merem) Żytomierza. Współtwórca patii „Propozycja”, zrzeszającej ukraińskich samorządowców. Jego osobistą decyzją dwie żytomierskie ulice otrzymały imiona odpowiednio: Jana Pawła II i Lecha Kaczyńskiego. Ojciec trojga dzieci.
SDP2023
Tygodnik TVP jest laureatem nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Zdjęcie główne: Pasażerowie na stacji granicznej Rawa-Ruska 15 października 2023 roku, przesiadający się ze względu na różnice w rozstawie torów z nowoczesnego pociągu spalinowego Ukrzaliznyci (Kolei Ukraińskich) do pociągu polskiej firmy transportowej SKPL. To inauguracyjna podróż na międzynarodowej trasie łączącej Lwów i Warszawę, pierwsze od 18 lat połączenie kolejowe między miastem na zachodniej Ukrainie a stolicą Polski. Podróż rozpoczyna się w Kołomyi, w obwodzie iwanofrankowskim. Fot. PAP/UKRINFORM
Zobacz więcej
Rozmowy wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Zarzucał Polakom, że miast dobić wroga, są mu w stanie przebaczyć
On nie ryzykował, tylko kalkulował. Nie kapitulował, choć ponosił klęski.
Rozmowy wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
W większości kultur rok zaczynał się na wiosnę
Tradycji chrześcijańskiej świat zawdzięcza system tygodniowy i dzień święty co siedem dni.
Rozmowy wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Japończycy świętują Wigilię jak walentynki
Znają dobrze i lubią jedną polską kolędę: „Lulajże Jezuniu”.
Rozmowy wydanie 15.12.2023 – 22.12.2023
Beton w kolorze czerwonym
Gomułka cieszył się, gdy gdy ktoś napisał na murze: „PPR - ch..e”. Bo dotąd pisano „PPR - Płatne Pachołki Rosji”.
Rozmowy wydanie 8.12.2023 – 15.12.2023
Człowiek cienia: Wystarcza mi stać pod Mount Everestem i patrzeć
Czy mój krzyk zostanie wysłuchany? – pyta Janusz Kukuła, dyrektor Teatru Polskiego Radia.