Cywilizacja

Najmłodszy w dziejach prezydent. I pierwszy skutecznie walczący z przestępcami

Trwa „bukelizacja” latynoskiej polityki. W Argentynie, Ekwadorze, Hondurasie, Kolumbii i Gwatemali politycy odwołują się do programu salwadorskiego lidera. Czy Ameryka Południowa w końcu poradzi sobie z układami i bandytami?

Setki mężczyzn w kajdankach, z rękami na wygolonych głowach, upchani jeden obok drugiego jak sardynki. Wszyscy mają spuszczone głowy. To jedno z giga więzień w Salwadorze. I inna scena. Z dziury wydrążonej w ścianie wyczołguje się oślepiony przez policyjne reflektory człowiek. Upada na kolana i zostaje zakuty w kajdanki. To Carlos Alfredo Alvarenga, ps. Muerte (po polsku: Śmierć), oskarżony o udział w organizacjach przestępczych. Na kolejnym filmie widać siedzącego na krześle starszego mężczyznę w bieliźnie. Ma na rękach kajdanki. Jest byłym prezesem dużego banku i właśnie zatrzymano go pod zarzutem korupcji.

Ta bezprecedensowa obława na gangsterów ma miejsce w kraju o 15 razy mniejszej powierzchni niż Polska, w maleńkim, kilkumilionowym Salwadorze. Od kiedy rządzi tam 42-letni prezydent Nayib Bukele, kryminaliści siedzą tam, gdzie ich miejsce – w więzieniach. I choć różnej maści organizacje praw człowieka i liberalne media biją na alarm, zarzucając prezydentowi dyktatorskie zapędy i karanie niewinnych, mieszkańcy Salwadoru są zadowoleni. Także w innych latynoskich krajach trwają poszukiwania lokalnego Bukele, albo przynajmniej lidera potrafiącego zerwać z zastanym politycznym układem. A o walce z przestępczością, od Meksyku po Ziemię Ognistą, mówią wszyscy.

Dzień bez zabójstw

Salwador to kraj wciąż niezabliźnionych ran, po wojnie domowej toczonej od 1980 roku ze szkolonym przez komunistyczną Kubę Frontem Wyzwolenia Narodowego im. Farabundo Martí (FMLN), zawiadującym lewicową partyzantką. Oficjalnie konflikt państwa z FMLN zakończył się w grudniu 1992 roku, a Front, na mocy narodowego porozumienia, trochę jak kolumbijskie komunistyczne bojówki FARC, przepoczwarzył się w lewicową partię polityczną. Powstał w ten sposób tworzony z konserwatystami z ARENY dwupartyjny układ, który skruszyć udało się dopiero Nayibowi Bukele.

Wojna domowa pociągnęła za sobą wiele ofiar i spowodowała masową emigrację setek tysięcy Salwadorczyków. W kolejnych dekadach kraj terroryzowały gangi narkotykowe, zastraszające niemal każdą lokalną społeczność, kontrolujące nawet transport publiczny i mówiące ludziom, jak głosować. Salwador stał się najniebezpieczniejszym krajem świata.

Dopiero prezydentura Bukele, najmłodszego szefa państwa w dziejach Salwadoru, przyniosła radykalną zmianę. Jeszcze dekadę temu w Salwadorze notowano nawet 20 morderstw dziennie, tymczasem, jak wynika z policyjnych statystyk, od stycznia do połowy października 2023 zanotowano 196 dni bez zabójstw, a od 2019 roku, takich dni było już 466.

Jak do tego doszło? Wszyscy są zgodni – choć nie wszystkim się to podoba – że poprawę bezpieczeństwa wewnętrznego przyniosły trzy decyzje prezydenta: wprowadzenie stanu wyjątkowego, umożliwienie organom ścigania przeprowadzania przyspieszonych postępowań oraz podwojenie pojemności systemu więziennictwa. W ciągu kilkunastu miesięcy zamknięto nawet 80 tys. osób, a kiedy do prezydenta miały dotrzeć pogłoski, że gangi będą się chciały za to mścić na przypadkowych mieszkańcach Salwadoru, ogłosił, że więźniowie nie dostaną nawet jednego posiłku dziennie. Podziałało.

Bukele deklaruje także bezpardonową wojnę przeciwko korupcji i jest w tym tak przekonujący, że obywatele przestali niemal postrzegać przekupstwo jako narodową plagę. Według sondażu zrealizowanego we wrześniu br. przez działający w Ameryce Łacińskiej instytut badania opinii CID Gallup, tylko 6 proc. Salwadorczyków (ostatnie miejsce w rankingu) postrzega korupcję jako główny problem swojego kraju, podczas gdy np. w Peru to 48 proc. badanych, a w sąsiedniej Kolumbii 41 proc.

Nic dziwnego, że Bukele, salwadorski Trump, noszący na wiecach tak jak amerykański były prezydent baseballową czapkę, cieszy się w swoim kraju olbrzymim, sięgającym rekordowych 90 proc. poparciem. I ma wielkie szanse na reelekcję w wyborach w lutym 2024.

Polityk nowej generacji

Nayib Armando Bukele Ortez, bo iberyjskim zwyczajem tak brzmi jego pełne nazwisko, jest synem palestyńskiego chrześcijanina, Armanda Bukele Kattána, ważnej kiedyś postaci salwadorskiego biznesu, który wyemigrował do Ameryki z Betlejem.

Nayib już w wieku 18 lat zaczął prowadzić rodzinne firmy, a przed rozpoczęciem kariery w wielkiej polityce zajmował się m.in. marketingiem. Jego zwycięstwo w wyborach prezydenckich poprzedziły dwie kadencje w samorządzie, na stanowiskach burmistrza, sprawowane z ramienia lewicy.

Najpierw, od 2012 roku zarządzał małym miasteczkiem Nuevo Cuscatlán, oddalonym o kilka km od stolicy, a następnie, od 2015 był burmistrzem samego San Salvador. Chwalono go wówczas za program stypendialny dla młodych, instalację systemu zaopatrzenia w wodę pitną w Nuevo Cuscatlán, czy wreszcie za ogłoszenie programu „Zero zabójstw”, co jak się później okazało, było przedsmakiem wojny z gangami, którą wydał im już jako prezydent.

W stolicy poradził sobie m.in. z uporządkowaniem handlu na terroryzowanym przez mafię, głównym placu miasta Mercado Central, obiecując nowe targowiska, poza centrum miasta.

O fenomenie Bukele i jego nowatorskich metodach zarządzania samorządami pisały wówczas największe światowe tytuły prasowe, w tym tygodnik „Time”, który wymieniał go wśród najciekawszych polityków nowej generacji, a w 2021 roku umieścił Bukele na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie.

Medialna sława przyszła chyba w porę, bo – mimo że w 2017 roku Bukele został wykluczony z lewicowego FLMN, podobno za krytykę partyjnej korupcji – był już na fali i stworzył nową, własną partię, Nuevas Ideas. Mówi, że jest ona wolna od ideologii, przychylna biznesowi, a jednocześnie broni biednych.

Dwa lata później, w prezydenckim starciu z tradycyjnym, dwupartyjnym układem politycznym (władzę w Salwadorze na zmianę sprawowały FLMN i konserwatywna ARENA– Alianza Republicana Nacionalista), udało mu się go przełamać, choć tradycyjny establishment bronił się zaciekle. Najpierw Najwyższy Trybunał Wyborczy (Tribunal Supremo Electoral) odmówił rejestracji jego nowej partii, a kiedy chciał startować z centro-lewicowego Cambio Democratico, TSE, naruszając ustawę o partiach politycznych, wykreślił CD z rejestru ugrupowań politycznych. W tej sytuacji Bukele wystartował z konserwatywnego Wielkiego Sojuszu Jedności Narodowej (Gran Alianza por la Unidad Nacional). I zwyciężył.

Najlepszy prezydent w regionie

Jego polityczna sprawność i konsekwencja w zwalczaniu przestępczości przysporzyła mu też niespotykanej popularności poza własnym krajem. Według sondażowni Latinobarómetro Bukele jest w wielu krajach Ameryki Łacińskiej bardziej popularny niż papież. Ta sama firma badająca opinie wskazuje, że w 17 latynoskich krajach przywódca Salwadoru uznawany jest za najlepszego prezydenta w regionie, a to sprawia, że lokalni politycy starają się go naśladować.
Nayib Bukele jako kandydat na prezydenta w 2019 roku. Fot. EPA/RODRIGO SURA Dostawca: PAP/EPA
Brazylijski dziennik „Folha de S.Paulo” nazywa to zjawisko „bukeleizacją” (po hiszpańsku: bukelización) latynoskiej polityki i cytuje Michela Rowlanda, analityka politycznego, według którego coraz więcej Latynosów ma nadzieję na rządy twardej ręki, takie jak w Salwadorze. To niewątpliwy fenomen, bo nawet były prezydent Jair Bolsonaro, brazylijski Trump, jak o nim mówiono, dorobił się właściwie jednego naśladowcy – José Antonio Kasta w Chile, konserwatysty i katolika, ojca dziewięciorga dzieci i lidera rosnącej w siłę nowej na scenie Partii Republikańskiej.

Tymczasem zjawisko bukelizacji latynoskiej polityki nie ustaje i można je już śmiało nazwać panamerykańskim. W Argentynie, gdzie w niedzielę 22 października odbędą się wybory prezydenckie, jeden z kandydatów, Santiago Cúneo, został okrzyknięty argentyńskim Bukele i stał się dzięki temu popularny, mimo że nie znalazł się wśród faworytów wyścigu. „Przestępcy mają swoje prawa, ale w więzieniu, a nie na ulicach” – przekonywał w kampanii w wywiadzie dla internetowego dziennika Infobae.

Także w wypowiedziach argentyńskiego libertarianina Javiera Mileia, któremu najnowsze sondaże dają największe szanse na zwycięstwo, można się było dopatrzeć podobieństw do poglądów Bukele. Według Mileia część problemu z przestępczością w Argentynie polega bowiem na tym, że „przestępcy są traktowani jak ofiary, podczas gdy muszą być po prostu zamykani w więzieniach”. Mówił tak w ostatniej debacie telewizyjnej przed niedzielnymi wyborami obiecując, że jeśli wygra, to przestępcy, a nie ofiary będą mieli kłopoty.

Milei zapowiedział też liberalizację prawa do posiadania broni i zmiany w systemie więziennictwa. Inni uczestnicy wyborczego wyścigu, m.in. Luis Petri z ekipy kandydującej w wyborach Patricii Bullrich, wprost przekonywali, że Argentyna potrzebuje ludzi takich jak Nayib Bukele.

Naśladowca salwadorskiego pogromcy przestępców znalazł się także w Ekwadorze. To kolejny kraj poszukujący skutecznego sposobu na walkę z kolumbijskimi i meksykańskimi handlarzami narkotyków. Tylko w tym roku, jak informuje hiszpański dziennik „El Pais”, doszło tam do 4574 zabójstw. Najgorsze jednak zdarzyło się 10 dni przed 1. turą wyborów prezydenckich. Jeden z kandydatów na prezydenta, Fernando Villavicencio, zapowiadający w kampanii krucjatę przeciwko mafiom i korupcji, został zamordowany.

Wydawało się więc, że wybory wygra ekwadorski Bukele, którym w trakcie mimo wszystko trwającej kampanii okrzyknięto Jana Topica, byłego żołnierza, obiecującego „Ekwador bez strachu”. Ostatecznie jednak zwyciężył Daniel Noboa, syn najbogatszego Ekwadorczyka, króla bananów, który w kampanii postawił przede wszystkim na gospodarkę, a dopiero w drugiej kolejności na bezpieczeństwo. Jak tłumaczyli dziennikarzom jego doradcy, zrobił tak dlatego, że większość wyborców w Ekwadorze nie ma nawet roweru i nie boją się o swój majątek, tylko o zatrudnienie. W sprawach bezpieczeństwa zapowiedział jednak, wzorem Bukele, bezkompromisową walkę z przestępczością.

Politykę „mano dura” (twardej ręki) obiecywali także inni latynoscy politycy, m.in. Sandra Torres, była pierwsza dama Gwatemali, która w sierpniu br. w 2. turze wyborów prezydenckich ogłosiła plan stworzenia dwóch wielkich więzień na wzór systemu działającego w Salwadorze. Przegrała z Bernardo Arévalo, działaczem antykorupcyjnym, liderem zupełnie nowej partii na scenie politycznej Gwatemali. Z kolei, rząd Hondurasu, jednego z najniebezpieczniejszych krajów na świecie, jak informował ostatnio CNN Espanhol, zdecydował się na zorganizowanie systemu więziennictwa według modelu wdrażanego w Salwadorze przez Bukele.

Skuteczność polityki prowadzonej przez prezydenta Bukele docenia się także w Kolumbii. Jak podał brazylijski dziennik „Folha de S.Paulo”, 55 proc. Kolumbijczyków (sondaż z maja 2023) chciałoby mieć takiego prezydenta jakiego od 4 lat ma Salwador. ODWIEDŹ I POLUB NAS Bukelemania dotarła także do Ameryki Północnej. Konserwatystom spodobało się to, że zamiast przyjąć podejście typowe dla wielu amerykańskich polityków, którzy jedynie rozmawiają o problemie przestępczości, tworzą komisje i ostatecznie nie robią nic, Bukele po prostu działa: zdecydowanie i bezkompromisowo.

W przemówieniu wygłoszonym 4 marca na posiedzeniu Konferencji Akcji Politycznej Konserwatystów (CPAC) Michael Knowles z „Daily Wire” powiedział nawet, że amerykańska prawica powinna podążać za przykładem Salwadoru. „Prezydent Nayib Bukele w ciągu zaledwie jednego roku obniżył o połowę wskaźnik zabójstw w kraju. Jak on to zrobił? Cóż, zbudował wielkie więzienie i umieścił w nim wszystkich przestępców. /…/ Jeśli jeden z najsłabszych krajów na Ziemi może tego dokonać, dlaczego my nie możemy? Myślę że możemy." – grzmiał w swoim wystąpieniu Knowles i został za nie nagrodzony burzą oklasków.

Zniewolony elektorat

To co podoba się mieszkańcom Salwadoru i milionom innych Latynosów terroryzowanych na co dzień przez kryminalistów, jest według liberalnych elit nie do przyjęcia. Bukele, który przecież sam wyrósł ze środowiska salwadorskiej lewicy, jest dziś wrogiem numer 1, zarówno jednej jak i drugiej strony głównego nurtu polityki. Nie tylko dlatego, że odniósł sukces w dziedzinie, w której główne tradycyjne partie Ameryki Łacińskiej od dekad okazują się bezsilne. Razi także jego konserwatywna postawa w kwestiach takich jak pedofilia. Bukele podpisał np. niedawno z Eduardo Verásteguim, meksykańskim producentem filmu „Sound of Freedom” i kandydatem na prezydenta Meksyku w zbliżających się wyborach, porozumienie w sprawie zwalczania handlu dziećmi. Uroczystość ta odbyła się na tle obrazu beatyfikowanego przez papieża Franciszka salwadorskiego arcybiskupa Oscara Romero, zastrzelonego w 1980 roku w trakcie sprawowania mszy świętej.

Bukele zaskakuje też w sprawie konfliktu palestyńsko-izraelskiego, podczas gdy latynoska lewica wyraźnie wspiera Palestynę i Hamas, prezydent umieścił na Twitterze taki oto wpis: „Jako Salwadorczyk pochodzenia palestyńskiego jestem pewien, że najlepszą rzeczą, jaka może przytrafić się narodowi palestyńskiemu, jest całkowite zniknięcie Hamasu”.

Miesiąc miodowy prezydenta Bukele w liberalnych mediach skończył się jednak znacznie wcześniej, w momencie, kiedy w Salwadorze zaczęły się zapełniać więzienia. Medialny wyrok, zarówno w kraju jak i za granicą, już został wydany: Bukele zagraża demokracji, zmierza w stronę rządów autorytarnych, a jego styl walki z przestępczością prowadzi do nadużyć. Ukazały się już tuziny analiz o tym, że Bukele zniewolił elektorat i zostanie kolejnym po Hitlerze i Pinochecie dyktatorem inwigilującym własny naród pod pretekstem walki z gangsterami.

W jednej z opinii na jego temat, autorstwa Martina Caparrósa, opublikowanej na łamach dziennika „El Pais” czytamy m.in., że efektem polityki Bukele jest nieograniczona przemoc państwa. Dlaczego? Ponieważ w gigantycznych więzieniach prezydent przetrzymuje w okrutnych warunkach kilkadziesiąt tysięcy osób (to najwyższy podobno na świecie odsetek więźniów na mieszkańca) i sądzi ich w ustawionych procesach bez dowodów. W dodatku, „to nie do zniesienia, ale osiągnął swój cel, a miliony mu dziękują i wspierają” – konkluduje Caparrós – i dodaje, że przecież „nie byłoby żadnego dyktatora bez takiej miłości mas”.

Bezbożni Latynosi. Ten region zawsze był twierdzą skrajnie antykościelnej masonerii

Katolicka Ameryka Łacińska to mit. Wolnomularze stoją u fundamentów wszystkich niemal rewolucji niepodległościowych (co często znaczyło także antykatolickich) w całym regionie.

zobacz więcej
Pytany przez nas o falę krytyki, która dosięgła Bukele, prof. Kurt Weyland, politolog z Uniwersytetu w Teksasie, przyznaje, że prezydent okazał się na razie skuteczny, ale zaraz dodaje, że jego rozprawa z przestępczością jest problematyczna z liberalnego punktu widzenia. „Wydaje się, że w więzieniach osadzono wielu niewinnych ludzi, bez sprawiedliwego postępowania sądowego, że miały miejsce nadużycia, jeśli nie tortury, być może nawet częste. Co więcej, podstawą tłumienia przestępczości jest stan wyjątkowy, który prezydent ‘w nieskończoność’ przedłuża” – tłumaczy prof. Weyland w rozmowie z Tygodnikiem TVP. „Bukele może tak działać, bo w sposób problematyczny «przejął kontrolę» nad sądownictwem. Zatem rozprawienie się z przestępczością w wykonaniu Bukele narusza podstawowe zasady liberalne i praworządność” – dodaje Weyland.

Słowa profesora zdaje się potwierdzać opinia opublikowana na łamach tygodnika „Time” przez dziennikarza salwadorskiego „El Faro”, Daniela Lizárragę, według którego Bukele ma zwyczaj wywierania presji na ustawodawców i sądy i że tylko dzięki odwołaniu sędziów Sądu Najwyższego i mianowaniu nowych będzie mógł w 2024 r. starać się o reelekcję.

Inne zdanie mają w sprawie „braku poszanowania dla prawa” Bukele konserwatyści. Gavin Wax and Nathan Berger, z nowojorskiego klubu młodych republikanów (Young Republican Club) ogłosili niedawno na łamach „Newsweeka”, że USA potrzebują amerykańskiego Bukele, a o zarzutach wysuwanych przez organizacje praw człowieka, piszą tak: „Po prostu nie mogli zaakceptować faktu, że naród Salwadoru ma suwerenne prawo do rządzenia swoim krajem zgodnie z własnym prawem i dla jego dobra. Amnesty International narzekała na rzekome «naruszenia praw człowieka». Organizacja Human Rights Watch stwierdziła, że [salwadorscy – red.] «funkcjonariusze odmówili udzielenia informacji o miejscu pobytu zatrzymanych». Skargi ze strony «wspólnoty praw człowieka» opierały się na założeniu, że członkowie gangów mają nieodłączne prawo do dalszego terroryzowania swoich współobywateli i że rząd Salwadoru nie ma uprawnień, aby ich ograniczać”.

To jednak głosy odosobnione, dlatego prezydent Bukele, podobnie zresztą jak wcześniej Donald Trump i Jair Bolsonaro, stara się dotrzeć do swoich wyborców poprzez niezwykłą aktywność w mediach społecznościowych, z pominięciem atakujących go mediów tradycyjnych. Na zarzuty liberałów odpowiada w internecie. Kilka dni temu opublikował w serwisie X (dawny Twitter) film z aresztowania zabójcy 7-letniej Melissy z La Campanera. Zbrodni dokonał recydywista, wypuszczony z więzienia po odbyciu kilkuletniej kary za gwałt w czasach poprzedników Bukele. Prezydent stawia więc pytanie, czy właśnie do takiego systemu sprawiedliwości „gwarantującego prawa przestępcom” mają wrócić mieszkańcy Salwadoru.

Wpis i dołączony do niego film z zatrzymania zabójcy obejrzało już ponad 7 mln osób. To gigantyczne zasięgi, ale krytycy Bukele i na to mają wytłumaczenie. Oskarżają go o utrzymywanie suto opłacanych „probukeletrolls”, farm botów, które mają lajkować jego wpisy i tworzyć fałszywe wrażenie autentycznej popularności. Podobne oskarżenia znajdują się także w raporcie przygotowanym przez amerykański Departament Stanu.

Recesja demokracji

Prof. Weyland jest zdania, że dobra passa Bukele może się szybko skończyć, bo strategia twardej ręki może nie zadziałać na dłuższą metę. Mafie i tak prędzej czy później zrekrutują według niego nowych żołnierzy, a przyczyna wzrostu przestępczości – bieda i bezrobocie wśród młodych – nie zostaną przecież zlikwidowane w wyniku zapełniania więzień.

Profesor przyznaje jednak, że liberalne elity, werbalnie tak dbające o praworządność, nie mają dobrego pomysłu, jak walczyć z gangami w Ameryce Łacińskiej. „Chyba nikt nie ma na to dobrej recepty. Jeden z problemów polega na tym, że podczas gdy w wielu krajach policja jest kluczowym rozwiązaniem, w Ameryce Łacińskiej bywa, że stanowi część problemu!” – przyznaje prof. Weyland i przyznaje, że głoszona przez lewicę strategia radzenia sobie z przestępczością poprzez walkę z biedą, jest mało realistyczna, bo brakuje na to środków.

Popularność Bukele jest więc wypadkową indolencji politycznych elit, które nie potrafią radzić sobie z problemami swoich wyborców i jego osobistych zdolności. Trudno się więc dziwić niepokojowi politycznych elit, tym bardziej, że wedle sondażu Latinobarómetro, mieszkańcy Ameryki Łacińskiej zrazili się do demokracji, co analitycy nazywają „recesją demokracji”.

Odsetek Latynosów nie przywiązujących wagi do praworządności wzrósł z 34 proc. do 45 proc. Badani mówią wręcz, że wolą rządy autorytarne od demokratycznych, a w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej nawet 7 na 10 mieszkańców nie jest zadowolonych z demokracji. Mieszkańcy najniebezpieczniejszych krajów świata szukają polityków skutecznych, niekoniecznie trzymających się litery prawa, albo przynajmniej outsiderów, którzy obiecują zmianę na lepsze, po dekadach rządów skompromitowanych polityków tradycyjnej lewicy i prawicy.

Według prof. Weylanda szanse na wygraną outsiderów są teraz w Ameryce Łacińskiej wyraźnie większe niż dotąd, choć już wcześniej tacy też się zdarzali, choćby w Peru. Bukele doskonale ten trend zrozumiał i jak dotąd umiejętnie go wykorzystuje, czasem balansując jednak na granicy dobrego smaku.

Jak przypomniał na łamach dziennika „New York Times” Ion Grillo, dziennikarz zajmujący się od lat przestępczością w Meksyku i innych krajach latynoskich, Bukele wygłosił w 2021 roku żarliwe przemówienie w El Mozote, miejscu masakry miejscowej ludności z 1981 roku, czasów wojny domowej, gdzie wojsko zabiło 1000 osób. Prezydent ostatecznie odciął się w El Mozote od dotychczasowego politycznego układu i zarzucił elitom dogadanie się ponad głowami zwykłych ludzi. Nazwał porozumienie pokojowe z 1992 roku farsą, a siebie prawdziwym i jedynym głosem ludu przeciwko skorumpowanej elicie.

Zyskał dzięki temu przemówieniu to, co chciał, bo jego Nuevas Ideas wygrała w lutym 2021 roku wybory z 66 proc. poparciem, jednak Grillo zarzucił mu wyrachowanie i brak empatii. Pamięć o wydarzeniach w El Mozote jest bowiem wciąż żywa i bolesna, a rany wcale się nie zagoiły.

Tymczasem, na horyzoncie pojawia się kolejny latynoski outsider. Wprawdzie w niczym nie przypomina on Bukele, no może z wyjątkiem zdrowego rozsądku w sprawach bezpieczeństwa, także ma szansę stać się negatywnym bohaterem liberalnych mediów.

Ekscentryczny libertarianin Javier Milei, którego kampanię prowadzi jego siostra – o której wiadomo mniej więcej tyle, że zna się na PR i uwielbia stawiać tarota – na kilka dni przed wyborami prezydenckimi w Argentynie prowadzi w sondażach. Milei może w nich liczyć na największe wśród wszystkich kandydatów poparcie, oscylujące między 33 a 35,6 proc. – będzie więc zapewne 2.tura.

Jest kolejnym przykładem na to, że zmęczeni biedą i przestępczością Latynosi odwracają się od tradycyjnej polityki. Akurat Milei jest alternatywą dla zbankrutowanego, lewicowego kirchneryzmu z jednej i tradycyjnej prawicy z drugiej, których rządy uczyniły z Argentyny kraj o rekordowej w skali świata inflacji. Ten zwolennik wolnego rynku, dolaryzacji argentyńskiej gospodarki i zażarty przeciwnik socjalizmu dostarczy z pewnością politycznym elitom mnóstwa powodów do niepokoju.

Państwo, „które powinno jedynie zapewnić obywatelom armię, policję i sądy” Milei nazywa „organizacją przestępczą”, „bo nikt dobrowolnie nie płaci podatków”. Co ciekawe, sprzeciwia się także aborcji, a papieża Franciszka nazywa złem, bo podobno zachęca do komunizmu. To doskonały cel przyszłej medialnej kampanii o zagrożeniu demokracji. Prawda?

– Anna Gwozdowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

SDP 2023

Zdjęcie główne: Więzienie La Esperanza w Salwadorze. Fot. Prezydencja Salwadoru/ Handout /Anadolu Agency/ ABACAPRESS.COM/ Forum
Zobacz więcej
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Legendy o „cichych zabójcach”
Wyróżniający się snajperzy do końca życia są uwielbiani przez rodaków i otrzymują groźby śmierci.
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Pamiętny rok 2023: 1:0 dla dyktatur
Podczas gdy Ameryka i Europa były zajęte swoimi wewnętrznymi sprawami, dyktatury szykowały pole do przyszłych starć.
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Kasta, i wszystko jasne
Indyjczycy nie spoczną, dopóki nie poznają pozycji danej osoby na drabinie społecznej.
Cywilizacja wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Jak Kościół katolicki budował demokrację amerykańską
Tylko uniwersytety i szkoły prowadzone przez Kościół pozostały wierne duchowi i tradycji Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych.
Cywilizacja wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Budynki plomby to plaga polskich miast
Mieszkania w Polsce są jedynymi z najmniejszych w Europie.