Cywilizacja

Pochodzą z Niemiec, rozmawiają po rosyjsku, modlą się po polsku

Byli to ludzie zaradni, więc dość szybko się na Syberii zagospodarowali. Karczowali tajgę i budowali długie domy. Ich zamożność okazała się problemem, poczynając od 1920 r., kiedy to dotarła do nich rewolucja bolszewicka. A od czerwca 1941 r., czyli hitlerowskiej napaści na ZSRR, problemem stały się ich nazwiska…

Wiemy, że w Polsce przed wiekami osiedlali się Olędrzy – wbrew nazwie nie tylko Holendrzy, ale i Niemcy. Zdumiewać może jednak, że polskich Olędrów możemy odnaleźć także na Syberii. Mówią po rosyjsku, ale książki do modlitwy mają polskie, choć pisane czcionką gotycką.

I paradoksalnie, dawne zwyczaje Olędrów przetrwały raczej w wioskach wiele tysięcy kilometrów na wschód od Polski, niż w naszym kraju.

Odkrycie księdza Ignacego Pawlusa

Na stronie parafii św. Rafała Kalinowskiego w Usolu Syberyjskim można przeczytać relację ks. Ignacego Pawlusa SDS. „Chyba w 1993 albo 1994 r. napisał do mnie p. Adolf Kuntz, (…), że w (…) Pichtińsku jest grupa Niemców, i to są luteranie, którzy zbierają się na modlitwy, jest im ciężko, ponieważ wspólnota zmalała bardzo (…). Prosili mnie, żebym nimi się zaopiekował i przysłał jakąś literaturę. Tak się jakoś złożyło, że niedługo po otrzymaniu tego listu pojechałem do Polski i w Warszawie poszedłem do ewangelickiego konsystorza na ul. Miodowej – tam spotkałem się z kapłanami luterańskimi i poprosiłem o literaturę. Oni dali mi po polsku kilka książek, w tym katechizmy doktora Marcina Lutra, które przywiozłem i mogłem im przesłać. Oprócz tego przesłałem im nasze, katolickie katechizmy po rosyjsku”.

A dalej opisywał, jak to zimą dotarł do Pichtińska. Wszedł tam do jednego z domów. „Powiedziałem po polsku: «Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus» i słyszę jedną odpowiedź: «Na wieki wieków. Amen». Wtedy pomyślałem sobie, że jeśli tutaj ludzie prawidłowo odpowiadają na katolickie pozdrowienie, to te małżeństwa musiały być mieszane katolicko-luterańskie i w świadomości tych ludzi jeszcze coś zostało. (…) Zaczęliśmy kolędowanie, okazało się, że ci ludzie znają całą masę polskich kolęd, zwłaszcza ciocia Aniela. Ona miała w ręku kantyczki i kolędowaliśmy, ile wlezie. Odprawiłem potem mszę św., to była pierwsza msza św. (…) Okazało się, że ciocia Aniela zna tych pieśni mnóstwo, których nawet ja nie znałem. Ja się od niej nauczyłem kilku starych, polskich śpiewek. Sama do szkół nie chodziła, uczyła się przy pomocy modlitewników i śpiewników. Te modlitewniki są bardzo ciekawe: Biblia po polsku, ale pisana gotykiem, modlitewnik, kapsjonał, śpiewnik po polsku, ale litery gotyckie”…
Mówią po rosyjsku, modlą się po polsku. Zdjęcie ze strony parafii św. Rafała Kalinowskiego w Usolu
Jego zdaniem byli oni niemieckiego pochodzenia. „Choć powszechnie się mówi, że to są Holendrzy, ale ja tam żadnego holenderskiego nazwiska nie spotkałem. Wszystkie ich nazwiska są typowo niemieckie, i to takie klasyczne niemieckie nazwiska: Ludwig, Kuntz, Hildebrandt, Hindenburg, Pastrik. Wiadomo, że oni są przesiedleńcami z Wołynia, który kiedyś należał do grodzieńskiej guberni, wiadomo, że oni przyjechali tutaj za chlebem, na skutek reformy stołypińskiej w 1908 r. Ponieważ słynęli jako ludzie umiejący karczować lasy, to im dali te działki leśne w tajdze. Założyli oni te swoje wioski i z początku je nazwali tak, jak tam na Wołyniu: Zamostecze, Nowiny i Dagnik. Potem ktoś to tam przemienił na Pichtińsk i Srednij, Dagnik został przy swojej nazwie”.

Ściągani, by osuszać

W Polsce Olędrzy pojawili się w XVI i XVII wieku. Z początku byli to osadnicy z Niderlandów, a potem także z Niemiec i innych krajów. „U nas osadników z Hollandyi sprowadzonych, chowem bydła naywięcey bawiących się, Hollandrami, Hollendrami, Olandrami, Olędrami, Olendrami zowią” – pisał dwa wieki później, w 1807 roku, Samuel Bogumił Linde w „Słowniku języka polskiego”.

Niektórzy z tych osadników należeli do różnych odłamów protestantyzmu, np. mennonitów. Najpierw trafiali do Prus Książęcych (późniejsze Prusy Wschodnie) i na Pomorze, a potem dalej, w głąb Rzeczypospolitej. Potrafili sobie znakomicie radzić z terenami zalewowymi, więc osiedlano ich zwykle tam, gdzie musieli osuszyć zajęte grunty.

W 1624 r. dotarli do Warszawy, gdzie osiedlili się na Saskiej Kępie i w rejonie Urzecza (tereny na południe od Warszawy, po obu brzegach Wisły). W 1629 r. Olendrzy podpisują kontrakt który w 1650 r. król Jan Kazimierz potwierdza aktem królewskim. Możemy w nim wyczytać: „Wolno będzie tymże Olendrom młyn na miejscu pobudować, y wszelakie zboża mlec (…). Wolno tymże Olendrom na tymże gruncie chleb piec, piwo warzyć, gorzałkę palić, szynkować i przedawac, ale i innego handlu nieprowadzic. (…) Wolno będzie tymże Olendrom łowić ryby na rzece, także na teyże kempie ptaki łowić, y strzelać, a to po granice miejskie”.

Trafili też na Lubelszczyznę, nad Bug. W 2017 r. w Mościcach Dolnych (gmina Sławatycze) odsłonięto pomnik w 400-lecie założenia pierwszych kolonii osadników olęderskich. „Dziennik Wschodni” cytował wówczas Antoniego Chorążego, potomka tych osadników, badającego ich dzieje: „Zostali tu ściągnięci, bo specjalizowali się w pracach rolniczych na takich podmokłych, zalewowych terenach. Umieli zbudować odpowiednią infrastrukturę. Ich typowe domostwo wyglądało tak, że dom, obora i stodoła były pod jednym dachem. W razie powodzi gospodarz mógł nakarmić swój inwentarz. Osadnicy mieli tu zostać kilkadziesiąt lat, a to przeciągnęło się do 300”…

Syberyjski Rockefeller. Polski milioner w Rosji

Produkował dla Rosjan setki tysięcy wiader spirytusu.

zobacz więcej
Jak pisał sam Chorąży w artykule „Historia kolonii Nejdorf – Nejbrow na Bugu”, przybysze osadzani byli na prawie holenderskim. A to prawo dawało wiele przywilejów: „wolność osobistą, prawo dziedziczenia ziemi, tzw. 7-letnią wolniznę na zagospodarowanie się, własny samorząd, szkołę, karczmę. W tym przypadku na osadnikach ciąży jedynie płacenie czynszu dzierżawnego dla właściciela ziemi po ustaniu «wolnizny», stawianie podwód i ewentualnych innych prac mniejszej rangi uregulowanych w umowie dzierżawnej, łącznie z korzystaniem z lasów i rzek w zakresie pozyskiwania drewna i rybołówstwa”.

A jeśli chodzi o Mościce, to spora część tamtejszych Olędrów – ewangelików podczas niemieckiej okupacji przyjęła volkslistę (być może pod przymusem) i wywiezieni zostali na zachód. Na ich miejsce Niemcy przywieźli Polaków z Wielkopolski.

Oczywiście Olędrzy mieszkali i po wschodniej stronie Bugu. Po 17 września 1939 r. zostali poddani represjom i byli wywożeni w głąb ZSRR. Ci, którzy pozostali, wyjechali później razem z tymi z zachodniej strony Bugu. Opustoszałe domy, które po wojnie znalazły się w Polsce, przydzielono „repatriowanym” Olędrom – katolikom.

Reformy Stołypina

Ale cofnijmy się do przełomu XIX i XX w. Jak opowiada o. Mirosław Zięba OCD pracujący w parafii w Usolu Syberyjskim, po powstaniu styczniowym chłopi dostali ziemię. Tyle, że potem ta ziemia bywała dzielona pomiędzy ich dzieci i wnuki. – Po 30-40 latach została bardzo poszatkowana, stąd też gospodarstwa były bardzo małe – mówi o. Zięba. Reforma carskiego premiera i szefa MSW Piotra Stołypina (1906 – 1911) zakazała dalszego dzielenia ziemi, a spadkobiercą zostawał tylko jeden z synów (wskazany przez ojca). Reszta dzieci pozostawała bez niczego. Usiłowali iść do miast, najmowali się jako wyrobnicy do pracy w polu.

Ale Stołypin wprowadził też kolejną reformę, umożliwiając zasiedlenie Syberii. Chętni dostawali bilety na drogę, pieniądze na zagospodarowanie i tyle ziemi, ile chcieli. – I tak, choć wielu ludzi wyjechało za chlebem do Ameryki, niektórzy zdecydowali się wyruszyć na Syberię – opowiada o. Zięba. Tak powstała polska Wierszyna czy syberyjski Białystok. Tak też powstał Pichtińsk i inne „olęderskie” wsie. – Ci ludzie przechowali w swoich domach książeczki do modlitwy, Pismo święte, wszystko po polsku, choć drukowane alfabetem gotyckim, wydane w Królewcu albo w Toruniu – dodaje zakonnik.

Byli to ludzie zaradni, więc dość szybko się na Syberii zagospodarowali. Karczowali tajgę i budowali długie domy, w których znajdowała się i „biała izba”, gdzie mieszkali, i kuchnia, i miejsce dla świń czy krów, i klepisko do młócenia zboża – wszystko pod jednym dachem. Ich zamożność okazała się problemem od roku 1920, kiedy dotarła do nich rewolucja bolszewicka. Mieli wiele krów, byli dobrze ubrani, uznawano więc ich za „kułaków”, jak mówiono wówczas o bogatych chłopach.
ODWIEDŹ I POLUB NAS
W latach 20. XX w. po raz ostatni zawitał do nich ksiądz, najprawdopodobniej katolicki. – Wyspowiadał, odprawił mszę, udzielił komunii świętej. I pozostawił swój testament: modlić się rano i wieczorem, dzieci chrzcić wodą, umarłych chować pod krzyżem i z modlitwą na cmentarzu – dodaje o. Zięba.

Pod koniec lat 30. jeden z Olędrów, który z braku księdza odprawiał nabożeństwa, został skazany na śmierć. A podczas II wojny światowej, poczynając od czerwca 1941 r., czyli hitlerowskiej napaści na ZSRR, problemem stały się ich niemieckie nazwiska. Nie brano ich do wojska, tylko do tzw. Trudarmii („Armii Pracy”), gdzie wyykonywali prace przymusowe. Zgodnie z surowymi przepisami, utrzymywać ich miała rodzina – nie dostawali żadnej odzieży i traktowani byli jak niewolnicy. – Ojciec jednej z mieszkanek Pichtińska, babci Emmy, został zabrany w 1941 r., a wrócił dopiero w 1953 r. – opowiada zakonnik.

Dziś żyją normalnie, choć rzecz jasna – jest to normalność syberyjska.

Kilka godzin od Irkucka

Z Irkucka trzeba dotrzeć do Usola Syberyjskiego (ros. Usolje-Sibirskoje), to zaledwie 87 km i druga stacja kolei transsyberyjskiej w kierunku Moskwy, tuż za Angarskiem. Tam właśnie jest parafia o. Zięby. Usole powstało w XVII wieku, w końcu wieku XIX stało się miejscem zesłań rosyjskich dekabrystów i eserów oraz polskich powstańców styczniowych. Tu w 1864 r. został zesłany Rafał Kalinowski, minister wojny w litewskich władzach powstańczych, który w Usolu pracował w warzelni soli – a w 1877 r. wstąpił do zakonu karmelitańskiego. Za świętego uznał go Jan Paweł II. Dziś w Usolu mieszka 76 tys. ludzi. Z Usola jedzie się samochodem, kolejne około 200 kilometrów. Najpierw – dobrą drogą wiodącą na zachód od Angary, do odległego Krasnojarska, następnie, za miejscowością Załari na zachód, drogą gruntową. A potem jest Pichtińsk i inne miejscowości zasiedlone przez Olędrów.

Jeśli ktoś chce zobaczyć, jak tam wygląda, niech poszuka na YouTubie relacji o. Pawła Badzińskiego OCD. Oto np. „lipiec 2023 Pichtinsk”:



Możemy obejrzeć drewniane domy, w domu łóżka ze stosami poduszek, a obok domu prysznic w niewielkiej, drewnianej budce… Potem modlące się kobiety, obiad i sielsko wyglądające krajobrazy. Takich filmików o Pichtińsku jest na kanale o. Badzińskiego kilka.

Ale najwięcej ukazuje chyba półgodzinny film o ślubie Ksieni i Aleksieja z 2022 r.: Ксения и Алексей. Widać tam ludzi mówiących z rosyjska po polsku i ukraińsku. Ślub jest jak msza polowa, odprawiana przez o. Ziębę po rosyjsku. Po ceremonii ślubnej możemy obejrzeć wesele i specyficzne zwyczaje mieszkańców Pichtińska. Śpiewy, które tam usłyszymy, są polskie lub ukraińskie. To robi niesamowite wrażenie: Rosja, rejon odległy od nas o 6,5 tysiąca kilometrów, przepiękna, syberyjska przyroda, ludzie wyglądający na mieszkańców zwyczajnej wsi, a śpiewają w językach, których na co dzień nie używają…

Interesująco opisani są Olędrzy syberyjscy w Encyklopedii Rosyjskiej: „Nie uważają się za Niemców, nazywają siebie «naszymi», «pichtyńskimi». Zachowali polskie, niemieckie imiona i nazwiska, (…) w starszym i średnim pokoleniu – odmiana języka ukraińskiego, w sferze obrzędowej (wesela, chrzciny, pogrzeby) – język polski. Wśród młodszego pokolenia i w rodzinach mieszanych dominuje język rosyjski. (…) Zachowują elementy tradycyjnej kuchni polskiej (barszcz weselny, krupnioki, placki ziemniaczane itp.), rzemiosła (plecionkarstwo, tkactwo), stroju (czapki koronkowe, głównie jako element ceremonii ślubnej), długiego domu z bali bez piwnicy (mieszkalna część domu jest pobielona). (…) Aż do lat pięćdziesiątych XX wieku O. (Olędrzy – red.) syberyjscy pielęgnowali endogamię (małżeństwa zawierane wewnątrz swojej grupy – red.), obecnie dominują małżeństwa mieszane”.

Nie zapomnijmy o Pichtińsku

Niestety dziś dotarcie z Polski do Pichtińska jest bardzo trudne. A szkoda, bo może warto się tamtejszymi Olędrami zainteresować, pomóc im. Na szczęście są osoby – choćby księża – którzy ich regularnie odwiedzają, są też polscy badacze, którzy tam w przeszłości gościli. Nie zapomnijmy więc o Olędrach syberyjskich, o Pichtińsku, bo złe czasy przeminą i kiedyś będzie można do nich dojechać.

– Piotr Kościński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

SDP2023
Tygodnik TVP jest laureatem nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Zdjęcie główne: Po trudnym stuleciu dziś żyją tam normalnie, choć rzecz jasna – jest to normalność syberyjska. Zdjęcie ze strony parafii św. Rafała Kalinowskiego w Usolu
Zobacz więcej
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Legendy o „cichych zabójcach”
Wyróżniający się snajperzy do końca życia są uwielbiani przez rodaków i otrzymują groźby śmierci.
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Pamiętny rok 2023: 1:0 dla dyktatur
Podczas gdy Ameryka i Europa były zajęte swoimi wewnętrznymi sprawami, dyktatury szykowały pole do przyszłych starć.
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Kasta, i wszystko jasne
Indyjczycy nie spoczną, dopóki nie poznają pozycji danej osoby na drabinie społecznej.
Cywilizacja wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Jak Kościół katolicki budował demokrację amerykańską
Tylko uniwersytety i szkoły prowadzone przez Kościół pozostały wierne duchowi i tradycji Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych.
Cywilizacja wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Budynki plomby to plaga polskich miast
Mieszkania w Polsce są jedynymi z najmniejszych w Europie.