Cywilizacja

Szejkowie klimatu. Aktywiści w roli paprotek

Aktywistom wydaje się, że pewnego pięknego dnia na Ziemi będzie się produkować prąd dzięki wiatrakom i panelom słonecznym. Nie biorą jednak pod uwagę, że mniej więcej 80% energii jest obecnie uzyskiwana z innych źródeł.

Jak zwykle na szczycie klimatycznym odbyła się bitwa o słowa. Tym razem o to, jakiego słowa użyć wobec przyszłości paliw kopalnych. Radykalni aktywiści klimatyczni jeszcze na dzień przed końcem obrad rozdzierali szaty, bo w przedstawionym przez sułtana Zjednoczonych Emiratów Arabskich Ahmeda Al Jabera, który był przewodniczącym obrad, projekcie dokumentu końcowego nie wspominano o „odejściu” od paliw kopalnych.

Następnego dnia okazało się jednak, że w dokumencie pojawiła się wyczekiwana wzmianka i aktywiści mogli odtrąbić sukces. Oczywiście niepełny, bo ci od przyklejania się do obrazów i protestujące dzieci chcieliby zapewne natychmiastowego zamknięcia wszelkich elektrowni, ale jednak jakiś sukces.

To słowo było wszystkim bardzo potrzebne. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie przestudiuje całego dokumentu końcowego, a nawet jeżeli przestudiuje, to nie pojmie bez głębszych studiów, co się kryje za poszczególnymi sformułowaniami. A takie słowa jak „sukces” czy „przełom” pomagają w utrzymaniu przekonania, że sprawy idą w dobrym kierunku, cokolwiek by to oznaczało.

Przy okazji mogliśmy obejrzeć, jak świeżość i młodość skierowane przeciwko staremu światu przemysłu i pieniądza doskonale się z tym światem pogodziły i żyją z nim w swego rodzaju symbiozie. W pewnym momencie na główną scenę obrad weszła dwunastoletnia Licypriya Kangujam z Indii, prezentując transparent wzywający do skończenia z paliwami kopalnymi i wykrzykując głośno klimatyczne hasła, co zostało potem delikatnie określone przez światowe media mianem „krótkiego wystąpienia”.

Po chwili została łagodnie wyprowadzona przez rosłych ochroniarzy i – jak z zachwytem napisała w mediach społecznościowych – zatrzymana na całe pół godziny. Na jej widok sala zareagowała oklaskami, a gdy dziewczynka już zniknęła w kulisie, prowadzący obrady sułtan Al Jaber uśmiechnął się szeroko i poprosił o jeszcze jedną rundę oklasków, aby uczcić jej „entuzjazm”.

Oczywiście myliłby się ktoś, kto by sądził, że po tym, jak Greta Thunberg się opatrzyła, bo ma już prawie 21 lat, sięgnięto teraz do młodszych rezerw, bo panna Licypriya, można powiedzieć, jest weteranką protestów. Cztery lata temu, mając lat osiem, protestowała na szczycie klimatycznym w Hiszpanii, gdzie potem ucięła sobie pogawędkę z sekretarzem generalnym ONZ.

Oba te obrazki: rozmawiającego z nią António Guterresa wtedy i sułtana ZEA składającego ręce do oklasków teraz, nieźle pokazują swoistą symbiozę świata pieniądza i polityki ze światem aktywistów, którzy im młodsi tym lepsi, bo łatwiejsi w prowadzeniu. Trudno się przecież spodziewać, że panna Licypriya przyjechała na obrady tak całkiem sama, a pomysł taki, aby ochroniarze sułtana nie zauważyli osoby, która wskakuje na scenę tuż obok ich władcy, można włożyć między bajki. Prędzej już można sobie wyobrazić, że sułtan wysłał po nią swój prywatny odrzutowiec, zaś ochroniarze najpierw eskortowali aktywistkę na salę, a potem pomogli jej wejść na scenę, aby się przypadkiem nie potknęła.

Wszystko po to, aby pokazać światu, z jakimi wyzwaniami mierzyć się musieli obradujący i jak bardzo są wsłuchani w głos tych, którym mają służyć, czyli przyszłych pokoleń, a któż w końcu najlepiej symbolizuje przyszłe pokolenia, jak nie dwunastolatka z najbardziej zaludnionego kraju świata? Panna Licypriya spełniła swoją rolę doskonale.

Sułtan Al Jaber, który oprócz tego, że rządzi krajem, kieruje też gigantyczną firmą paliwową ADNOC, zdolną do wydobywania czterech milionów baryłek ropy naftowej dziennie, był z początku krytykowany przez aktywistów za to, kim jest. Powierzenie mu przewodnictwa nad szczytem klimatycznym porównywano do postawienia lisa na czele zarządu kurnika.

Istotnie, trudno przypuszczać, aby jeden z szefów Wielkiej Ropy zamierzał tak po prostu zlikwidować swój biznes i biznes jego kolegów z regionu. W trakcie obrad ujawniona została treść listu, jaki OPEC wystosował do trzynastu swoich członków, w którym nalegano, aby pilnować, żeby wszelkie oficjalne dokumenty odnosiły się do ograniczenia emisji CO2, a nie ograniczenia wydobycia paliw kopalnych.

W efekcie uzyskano zapis nieco ezopowy, który można interpretować na rozmaite sposoby i który zawiera wiele niejasności, zawiera oczekiwaną przez aktywistów frazę o odchodzeniu od paliw kopalnych, ale daje też wygodną przestrzeń do manewru szejkom.

Brzmi on następująco: „Odejście od używania paliw kopalnych w systemach energetycznych w sposób sprawiedliwy, uczciwy i proporcjonalny, przyspieszając działania w obecnej krytycznie ważnej dekadzie tak, aby do roku 2050 uzyskać zerową emisję w sposób zgodny z kryteriami naukowymi.”
Specjalny wysłannik prezydenta USA ds. klimatu John Kerry i była sekretarz stanu USA Hillary Clinton podczas COP28 w Dubaju. Fot. EPA/ALI HAIDER Dostawca: PAP/EPA.
Producentom ropy i gazu zależało na tym, aby zobowiązywać się do ograniczania emisji, a nie wydobycia z oczywistych względów. Gdyby do roku 2050 ograniczyć do zera produkcję ropy i gazu ziemnego, musieliby zamknąć swoje biznesy. Ponieważ żyje z nich wiele narodów Bliskiego Wschodu, choć nie tylko, wówczas protestujących byłoby z pewnością więcej niż mieszkańców Wysp Marshalla, którzy alarmują świat, że ich wyspy za chwilę skryją się pod powierzchnią wody podnoszącej swój poziom na skutek zmian klimatycznych. Dramat Marszalezów świat jest w stanie jakoś znieść i przyjąć tych kilkadziesiąt tysięcy ludzi w innych krajach. Gdyby nagle okazało się, że większość społeczeństw arabskich nie ma za co żyć, skutki byłyby o wiele gorsze.

Dodajmy na marginesie, ale to byłby margines z rodzaju takich, które są większe od całości, że świat nie miałby wówczas z czego produkować energii elektrycznej. Nota bene i dziś kilkaset milionów ludzi nie ma dostępu do stałego i bezpiecznego źródła elektryczności. Dlatego między innymi jednymi z najsilniej protestujących przeciwko radykalnym rozwiązaniom były kraje afrykańskie. Aktywistom wydaje się bowiem, że pewnego pięknego dnia na Ziemi będzie się produkować prąd dzięki wiatrakom i panelom słonecznym, ewentualnie jeszcze elektrowniom wodnym i wszyscy będą szczęśliwi. Nie biorą jednak pod uwagę, że mniej więcej 80% energii jest obecnie uzyskiwana z innych źródeł: najwięcej ze spalania węgla, potem gazu, a w dalszej kolejności z atomu i spalania biomasy.

Owszem, udział energii odnawialnej w tak zwanym miksie energetycznym rośnie, ale nie jest możliwe, aby osiągnął 100% w ciągu najbliższych trzech dekad. Zresztą nawet jeżeli jakimś cudem by się to stało, to wówczas kilka dni pogody bezwietrznej i pochmurnej na jakimś terenie prowadziłoby do lokalnej katastrofy. Do tego dochodzi jeszcze znacznie powiększony popyt na prąd do ładowania samochodów elektrycznych, który nawet w krainach skąpanych w słońcu i owiewanych przez stale wiejące bryzy potrafi spowodować poważne kłopoty.

Przykładem niech będzie Kalifornia, w której wydawano w tym roku zalecenia posiadaczom elektryków, aby ładowali swoje pojazdy tylko w określonych godzinach. Chodziło o to, aby nie nakładały się na siebie pobory mocy dla ładowarek i dla intensywnie pracującej popołudniami i wieczorami klimatyzacji, bo sieć energetyczna nie była w stanie tego udźwignąć. Na razie były to zalecenia, ale w przypadku większych problemów można sobie wyobrazić, że po prostu władze byłyby zmuszone go wprowadzania restrykcji. ODWIEDŹ I POLUB NAS Więc wytłumaczenie dwunastoletniej pannie Licypriyi, lub jej młodszym koleżankom, które w przyszłości z pewnością będą zaludniać rozmaite konwentykle klimatyczne, że zaprzestanie wydobywania paliw kopalnych nie jest możliwe i pewnie trudno jej będzie połączyć walkę o planetę ze świadomością, że jej rodzinne Indie także potrzebują prądu, natomiast jak już wspomniałem, była ona raczej obowiązkowym ornamentem zjazdu, zaś podejmowane decyzje ucierane były przez ludzi potrafiących liczyć pieniądze i planować rozwój gospodarki. Co więcej, widzących w zmianie okazję do zarobienia naprawdę dużych pieniędzy.

Wróćmy do tego, co szejkowie władający Wielką Ropą (i gazem) mają do zaproponowania w walce o powstrzymanie zmian klimatycznych i dlaczego woleli oni zgadzać się na ograniczanie emisji, nie zaś wydobycia. Częściowo się to udało, bo cytowany wyżej zapis dotyczy „systemów energetycznych”, nie zaś transportu, więc posiadacze samochodów mogą się na razie czuć spokojniej (o ile rzecz jasna nie mieszkają na kontynentach, na jakich chce się zlikwidować używanie silników spalinowych, jak my).

Czy zapis ten oznacza, że do roku 2050 trzeba będzie zlikwidować elektrownie gazowe? To dobre pytanie, na które teraz raczej nikt nie potrafi odpowiedzieć. Produkcja energii elektrycznej w takich elektrowniach jest o wiele bardziej efektywna ekologicznie niż w elektrowniach węglowych, ale te ostatnie są już od dawna skazane na zagładę, choć ich budowa odbywa się w najlepsze w takich krajach, jak Chiny czy Indie, więc tamtejsze rządy muszą coś wiedzieć na temat realnej wartości tych groźnych zapisów. Zresztą i tu także ezopowy język sprawia, że interpretacja ich nie jest jednoznaczna. W tym przypadku konkretny zapis brzmi tak: „Przyspieszenie wysiłków na rzecz odejścia od produkcji energii z węgla.”

Nie jest to jednak cały zapis, bo słowo „węgiel” opatrzone jest przymiotnikiem „unabated”, co dosłownie można przetłumaczyć jako „nieobrobiony”, ale w żargonie klimatystów oznacza to węgiel spalany w sposób, który nie ogranicza emisji CO2. Bardzo więc możliwe, że tu jest pies pochowany i Chińczycy mogą kontynuować swój program budowy elektrowni węglowych (a tylko w roku 2023 zbudują elektrownie węglowe o mocy 37 GW), bo bardzo możliwe, że uznają oni swój węgiel za „abated”.

Koniec ocieplenia klimatu? Jakby nadchodziła nowa… epoka lodowcowa?

Zaczęło się minimum słoneczne, które potrwa do 2053 r. - twierdzi astronom z Anglii.

zobacz więcej
Co się musi stać, aby paliwo kopalne stało się „abated” (aż kusi, aby ukuć termin „klimatycznie koszerne”...)? Jednym ze sposobów jest paralelne do działania elektrowni stworzenie instalacji do wychwytywania dwutlenku węgla. Nie chodzi tu jednak wyłącznie o przejmowanie gazu emitowanego przez samą elektrownię, choć to byłoby najlogiczniejsze, ale po prostu o chwytanie CO2 z atmosfery, a następnie magazynowanie go w podziemnych zbiornikach, gdzie będzie przebywał przez tysiące lat, czyli do czasu aż sytuacja na świecie zmieni się radykalnie.

Ten sam sposób zaczynają stosować firmy Wielkiej Ropy, bo ich zyski doskonale pozwalają na stworzenie takich instalacji, a nie są to instalacje tanie. No i dzięki temu mogą najspokojniej w świecie chodzić w glorii obrońców klimatu, bo zamiast redukować swoje emisje pokazują wynik netto powstały po odjęciu dwutlenku węgla przechwyconego z atmosfery. Czasem nawet zanadto manifestują swoje zadowolenie, czym budzą zakłopotanie aktywistów i naukowców, którzy woleliby jednak po prostu odchodzić od paliw kopalnych, a w każdym razie nie mówić tak głośno, jak jest.

Słynna się stała wypowiedź Vicki Hollub, szefowej naftowego giganta Occidental Petroleum, która w tym roku na spotkaniu branżowym powiedziała, że po zakupie technologii przechwytywania CO2 z atmosfery jest spokojna, że jej firma będzie działać jeszcze przynajmniej przez 60, a może i 80 lat.

Kłopot tylko w tym – i o tym szejkowie i bankierzy nie będą zapewne chwili rozmawiać – że ta technologia jest bardzo energochłonna, a ponadto wymaga wykorzystania wielkich obszarów, które normalnie używane są do produkcji rolnej. Polega ona bowiem na hodowaniu roślin, które gromadzą CO2, a następnie na odzyskiwaniu gazu z tychże roślin. Gdyby więc chciano zastosować ją na wielką skalę, aby osiągnąć pożądany efekt zmniejszenia do zera emisji w roku 2050, należałoby pozyskać tyle ziemi pod uprawę, że zabrakłoby ponad 500 mln hektarów, czyli obszaru dwukrotnie większego od ziemi rolnej w Indiach.

Oczywiście stałoby się tak tylko w jednym z wielu scenariuszy, które są na tę okoliczność budowane, być może w efekcie byłoby to mniej, ale jedno jest pewne: te uprawy bezpośrednio konkurowałyby z uprawami zbóż. Konkurowałyby o areał, ale także o wodę.

Pójście w stronę rozwoju tej technologii może spowodować, że staniemy przed alternatywą: jeść, albo używać urządzeń na prąd. Warto dodać, że w równaniach, jakie analitycy klimatyczni tworzą na okoliczność rozwoju biotechnologii przechwytywania CO2, jest coraz mniej miejsca dla mięsa. W raporcie opublikowanym niedawno przez brytyjski Chatham House napisano dyplomatycznie, że ludzkość powinna przejść na „zdrową dietę”, zaś połowa produkcji mięsa powinna być zastąpiona przez jego roślinne odpowiedniki. Wolno oczywiście przypuszczać, że szejkowie jakoś będą w stanie zaspokoić swój apetyt na mięso, chyba że są wegetarianami.

Takie są jednak konsekwencje, gdy kierowanie światowym ruchem na rzecz odwrócenia zmian klimatycznych przechodzi w ręce ludzi, którzy zajmują się biznesem i finansami, a tak to właśnie obecnie wygląda. Obserwatorzy byli w tym roku zgodni co do tego, że zasadniczo zmienił się skład uczestników. Jak to określił szef Globalnego Centrum Energii w Atlantic Council i były dyrektor ds. energii w amerykańskiej Narodowej Radzie Bezpieczeństwa (NSA), Landon Derentz, zmieniła się „tkanka”, z jakiej zbudowana jest zgromadzona publiczność. Aktywiści coraz bardziej występują w roli paprotek, mogą mieć swoje pięć minut i pokrzyczeć, za co zostaną nagrodzeni oklaskami, ale kontrolę nad zmianami przejmują biznesmeni i technokraci. To oczywiście zdecydowanie lepiej niż gdyby mieli ją sprawować ludzie w rodzaju Grety Thunberg, czy rozmaici „przyklejacze”, którzy zafundowaliby nam nową epokę kamienną, ale nie jest to sytuacja pozbawiona zagrożeń.

Na koniec wiadomość bardzo optymistyczna. Do komunikatu końcowego włączono po raz pierwszy od prawie 30 lat wzmiankę o energii atomowej. Ba! – grupa 22 krajów, w tym 12 państw Unii Europejskiej i Wielka Brytania, podjęła zobowiązanie, że do roku 2050 trzykrotnie zwiększy produkcję energii z elektrowni jądrowych. Do umysłów coraz silniej dociera, że bez zwiększenia udziału energii jądrowej nie uda się zaspokoić popytu na energię przy jednoczesnym zmniejszaniu emisji CO2.

Dla nas jest to o tyle dobra wiadomość, że pomoże w dyskusjach z Niemcami, którzy swoje elektrownie jądrowe zlikwidowali z powodów czysto ideologicznych, no i chcieliby teraz, aby zrobili to też inni, bo w końcu Niemcy robią same słuszne rzeczy, a ci którzy jeszcze elektrowni nie wybudowali – jak Polska – aby z tego kroku zrezygnowali. Będzie im teraz o wiele trudniej udowadniać, że energia jądrowa jest nieekologiczna i ogólnie szkodliwa. Bardzo możliwe, że szejkowie także pragną zarabiać pieniądze na energetyce jądrowej. W tym przypadku ich zysk jest także naszym zyskiem.

– Robert Bogdański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

SDP 2023

Zdjęcie główne: Dwunastoletnia Licypriya Kangujam protestująca podczas szczytu klimatycznego w Dubaju. Fot. EPA/MARTIN DIVISEK Dostawca: PAP/EPA.
Zobacz więcej
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Legendy o „cichych zabójcach”
Wyróżniający się snajperzy do końca życia są uwielbiani przez rodaków i otrzymują groźby śmierci.
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Pamiętny rok 2023: 1:0 dla dyktatur
Podczas gdy Ameryka i Europa były zajęte swoimi wewnętrznymi sprawami, dyktatury szykowały pole do przyszłych starć.
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Kasta, i wszystko jasne
Indyjczycy nie spoczną, dopóki nie poznają pozycji danej osoby na drabinie społecznej.
Cywilizacja wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Jak Kościół katolicki budował demokrację amerykańską
Tylko uniwersytety i szkoły prowadzone przez Kościół pozostały wierne duchowi i tradycji Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych.
Cywilizacja wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Budynki plomby to plaga polskich miast
Mieszkania w Polsce są jedynymi z najmniejszych w Europie.