Rozmowy

Archeoastronomia nie szuka starożytnego UFO

W Machu Picchu zajmuję się astronomią i kalendarzem Inków. Dla nich wielkim zaskoczeniem było, że przybyli Europejczycy i każą im wprowadzić tydzień siedmiodniowy. Mieli przedtem zupełnie inną formę organizacji czasu – mówi prof. dr. hab. Mariusz Ziółkowski z Uniwersytetu Warszawskiego, archeolog, kierownik Centrum Badań Andyjskich.

TYGODNIK TVP: Czym się zajmuje archeoastronomia?

MARIUSZ ZIÓŁKOWSKI: Jestem archeologiem, trochę zaś antropologiem i historykiem. Archeoastronomią zajmuję się nieco pobocznie, ale publikowałem też na ten temat i uczę o tym studentów. Moim mistrzem był śp. prof. Andrzej Wierciński, który w latach 70. ubiegłego wieku był pionierem seminariów na ten temat na Uniwersytecie Warszawskim. Kiedy zatem lata temu zaczynałem na UW wykłady z archeoastronomii – idąc jego śladami – zapytałem studentów o to samo, co pani mnie: jak się państwu wydaje, czym się zajmuje archeoastronomia? Konsternacja, lekkie przerażenie w oczach studentów, w końcu jeden najbardziej śmiały wstał i powiedział: „Ale panie profesorze, szczerze mówiąc ja nie wierzę w UFO” (śmiech). Zacznijmy zatem od wyjaśnienia, czym archeoastronomia nie jest, bowiem często kojarzona jest z serią „Ancient aliens” z kanału historycznego amerykańskiej telewizji.

W Polsce też jest to pokazywane, pod tytułem „Starożytni kosmici”.

No właśnie, stąd ta nieustająca konfuzja. Zatem, żeby było jasne: tym archeoastronomia nie jest, tym się nie zajmuje. Czym jednak jest? To dyscyplina z pogranicza archeologii i historii astronomii, która zajmuje się dawną wiedzą o szeroko pojętym niebie. Musimy bowiem pamiętać, że tzw. społeczności przedindustrialne łączyły ze sobą zjawiska meteorologiczne i astronomiczne sfery niebieskiej. Chodzi jednak nie tylko o badanie śladów tej dawnej wiedzy, ale również – co może najciekawsze – jej wpływu na funkcjonowanie całości społeczeństwa. Jeżeli np. decyzje władców asyryjskich były podejmowane po konsultacji z astrologami, to miało to wpływ na funkcjonowanie całego tego państwa.

Dziś zapewne też – kto poznałby detale horoskopu postawionego na rok królika władzom Komunistycznej Partii Chin, ten byłby chyba mądrzejszy od legendarnego dyplomaty Henry’ego Kissingera… Wracajmy jednak do przeszłości i archeoastronomii. Jak się archeologom współpracuje z astronomami, bo to chyba konieczne?

Przede wszystkim dla astronoma nie ma czegoś takiego, jak przybliżona wartość. On musi mieć dokładnie podane do iluś miejsc po przecinku wszystko: wielkości, odległości, czasy obrotu itd. Kiedy mu się tłumaczy, że dawno temu pewne rzeczy ustalano ze sporym przybliżeniem, to astronom czuje się nieco zagubiony.

Ukryte pod górami, precyzyjnie ustawione, promieniujące energią. Nowe fakty o piramidach

Aby zbudować piramidę w ciągu 10 do 20 lat, trzeba by stawiać co 4,5 minuty kolejny kamienny blok ważący 2,5 tony.

zobacz więcej
Wobec archeoastronomii powstała zatem nieufność, na szczęście potem przezwyciężona. A zaczęła się od tego, że np. znakomity profesjonalny astronom, założyciel czasopisma „Nature” Norman Lockyer zabrał się za astronomiczną analizę egipskich świątyń i piramid, a następnie słynnego Stonehenge, bardzo dokładnymi metodami pomiarowymi dostępnymi mu na przełomie XIX i XX w. Próbował datować te zabytki na podstawie różnicy w orientacji ich głównych osi, a kierunkami na punkty wschodu lub zachodu Słońca w czasach sobie współczesnych. I przyjmował jako punkt wyjścia orientacje osi mierzonych teodolitem z dokładnością do sekund kątowych, choć ani starożytni Egipcjanie, ani twórcy Stonehenge nie mieli teodolitów, co dobrze wiemy z całego kontekstu archeologicznego tych kultur! Rozdzielczość ludzkiego oka jest zaś kilkadziesiąt razy mniejsza, waha się między 2 a 3 minutami kątowymi.

Archeolodzy złapali się za głowę, bo datowania proponowane przez Lockyera , np. w przypadku egipskiej świątyni w Denderze, były zbyt wczesne o około pięć tysięcy lat. Nieco lepiej poszło mu w przypadku Stonehenge (błąd rzędu tysiąca lat), ale to raczej czysty przypadek. Z kolei stosujący tę metodę niemiecki astronom Rolf Mueller, pracujący w Boliwii w końcu lat 20. XX wieku, próbował datować monumentalną świątynię Kalasasaya w Tiahuanaco (tę, na której obecnie stoi słynna Brama Słońca) i wyszło mu, że zabytek ten ma co najmniej 10 tysięcy lat! W rzeczywistości zaczął być wznoszony po 500 roku naszej ery... Z tego powodu metoda zastosowana przez Lockyera i jego naśladowców jest niedopuszczalna.

Co trzeba zatem znaleźć, by uznać, że dana kultura prowadziła przykładowo obserwacje astronomiczne?

Archeoastronomia czerpie z różnorodnych źródeł. Są nimi i orientacje konstrukcji o charakterze sakralnym, i teksty starożytne, i dzieła sztuki. Może nie najprościej, ale w sposób najbardziej przemawiający do wyobraźni mówią np. dekoracje w grobowcach, chociażby ze starożytnego Egiptu czy znacznie późniejszej dynastii Han z terenu Chin. Jeśli przedstawiają gwiazdy, Słońce, inne ciała niebieskie i są w formie kopuły, to późniejsza analiza takiego materiału staje się dość oczywista, zwłaszcza gdy te kultury zostawiły źródła pisane, potem odczytane. Także w sztuce naskalnej południowego zachodu USA takim słynnym artefaktem, który od razu wymusił interpretację astronomiczną, jest przedstawienie w kontekście Księżyca eksplozji supernowej w 1054 r. po Chrystusie. Takie zjawisko musiało wywrzeć olbrzymie wrażenie na ówczesnych społecznościach.

Gorzej jest z orientacjami budowli, bo tu najistotniejsze jest kryterium intencjonalności. A nie jest prosto wykazać, że jakąś budowlę zorientowano w danym kierunku dlatego, by pozwalała na konkretną, powiedzmy cykliczną obserwację jakiegoś zjawiska astronomicznego na horyzoncie. Z tym problemem mierzyli się np. brytyjscy badacze, zajmujący się tzw. astronomią megalityczną. Szukali rozwiązania w statystyce i stwierdzili, że jeśli mniej więcej ta sama orientacja głównej osi jakiegoś założenia powtarza się w kilkudziesięciu obiektach, to nie jest przypadek. A skoro przyczyna nie jest losowa, to może astronomiczna? Wtedy trzeba zrekonstruować metodami matematycznymi, czemu to mogło odpowiadać w momencie powstania konkretnych obiektów. Bowiem w astronomii np. zjawisko precesji sprawia, że pozycje ciał niebieskich na nieboskłonie zmieniają się w cyklu trwającym 26,7 tys. lat. Stąd północ nie zawsze była wskazywana przez Gwiazdę Polarną. Dla starożytnych Egipcjan wskazywał ją np. Thuban, jedna z gwiazd konstelacji Smoka, ale już w czasach starożytnych Greków żadna gwiazda nie znajdowała się wystarczająco blisko bieguna, by można było za jej pomocą precyzyjnie określić kierunki świata.

Pozycje ciał na nieboskłonie zmieniają się. Północ dziś wskazuje Gwiazda Polarna, w starożytnym Egipcie wskazywał Thuban z konstelacji Smoka, a za Greków nie było gwiazdy pomagającej określić kierunki świata.

Mgławica Kraba, pozostałość po SN 1054. Supernową w 1054 r. obserwowali m.in. chińscy i arabscy astronomowie. Jej jasność była widoczna całą dobę przez 23 dni, a w nocy przez 653 dni – można było czytać książki przy jej świetle. Fot. NASA, ESA, J. Hester and A. Loll (Arizona State University) - Domena publiczna, Wikimedia
Jeśli jakaś budowla była celowo i precyzyjnie zorientowana przez swych konstruktorów np. w miejsce wschodu Słońca w przesileniu zimowym czy letnim, to da się obliczyć, ile czasu minęło, odkąd istotnie Słońce dokładnie w tamtym punkcie horyzontu wschodziło podczas owego przesilenia. Ma tu znaczenie ekliptyka, czyli płaszczyzna, na której leży orbita Ziemi. A dokładnie jej zmiana, bo oś Ziemi nachylona jest do ekliptyki pod kątem, którego wartość ulega wahaniom w cyklu obejmującym 41 tys. lat. Kąt ten zmienia się od 21,8° do 24,4° (obecnie wynosi 23,4°).

W istniejących konstrukcjach te orientacje zawsze będą uzyskiwane z jakimś przybliżeniem, np. rozdzielczością ludzkiego oka. Dla astronomów to olbrzymie różnice, które powodują spory rozstrzał czy duży zakres potencjalnie poprawnych wyników obliczeń. Zatem trzeba by z góry przyjąć jakąś daną, której nie znamy: z jaką dokładnością pracowali ci starożytni architekci i budowniczowie. Jak wspominałem, raczej nie była to dokładność porównywalna do mierzalnej przez nas dzisiaj. I tu wracamy do Stonehenge: najpierw trzeba znać datę powstania obiektu – przybliżoną plus minus o sto czy kilkaset lat – a potem możemy sprawdzić, czy np. na głównej osi, na korytarzu czy innej wyróżniającej się części tej budowli coś było widać w momencie, kiedy ta budowla powstawała. Natomiast nie wolno, jak wcześniej mówiłem, robić procedury odwrotnej, czyli datować obiektu na podstawie jego orientacji.

Archeologia jest nauką kontekstową, czyli wymaga całościowego spojrzenia na ogół posiadanych danych. Tylko co z tymi artefaktami, których pojawienia się w danym miejscu i warstwie czasowej po prostu nie pojmujemy?

Kontekst jest bardzo istotny, trzeba jednak pamiętać o istnieniu w archeologii rzeczy nazywanych dziś popularnie „czarnym łabędziem”. To są niespodzianki, które w danym momencie historycznym i kontekście antropologiczno-geograficznym nie powinny były zaistnieć, a zaistniały. Tu pojawia się chociażby obiekt, który całkowicie zmienił nasze patrzenie na wiedzę astronomiczną starożytnych Greków w okresie późno klasycznym i hellenistycznym (IV- I w. przed Chrystusem), czyli mechanizm z Antykithiry. Tego się nikt nie spodziewał, początkowo na jego odkrywcach wieszano przecież psy, że to w ogóle nie jest obiekt starożytny tylko fragment jakiegoś urządzenia z XIX w. Potem się okazało bezdyskusyjnie, że to autentyk. I to podważyło wszystko, co do tego czasu uważaliśmy – nie tylko o teoretycznej wiedzy matematycznej starożytnych Greków, ale przede wszystkim o ich zdolnościach technicznych, mechanicznych.

Natomiast Göbekli tepe i zawarta tam wiedza astronomiczna konstruktorów sprzed 12 tys. lat mnie nie zaskakuje. Dlaczego? Bo kolejny mit, z którym walczę, gdy prowadzę zajęcia z archeoastronomii na UW, twierdzi, że im dalej wstecz w dziejach, tym ludzie byli głupsi. To, że oni nie mieli radia czy telewizora ani nie polecieli na Księżyc nie znaczy, że gdy 20 tys. lat temu chodzili w ładnie uszytym ubraniu i obuci, a nawet uczesani, niemniej z prymitywnym wyposażeniem, to byli mniej inteligentni od dzisiejszego Europejczyka, Afrykanina, Azjaty czy Amerykanina. Dokładnie odwrotnie – wtedy inteligencja była promowana. Bo warunki życia były trudne (choć nie tak ekstremalne, jak sobie niektórzy wyobrażają). Ci ludzie mieli też bardzo dużo czasu. Na podstawie analogii etnograficznych z badań współczesnych społeczności zbieracko-łowieckich możemy bezpiecznie przyjąć, że w górnym paleolicie, aby sobie zapewnić godziwe przeżycie, wystarczyło pracować 4-5 godzin dziennie. To znacznie mniej niż pracowały późniejsze ludy rolnicze.

Zanim wymyślili osady i uprawy, zbudowali centrum wiary. Tysiące lat przed Stonehenge i piramidami

Mówią o nim „punkt zerowy” w historii cywilizacji. Łowcy-zbieracze konstruując Göbekli Tepe musieli znać zasady geometrii.

zobacz więcej
Dlatego obserwacje astronomiczne i kalendarz wcale się nie rozpoczynają wraz z nastaniem kultur rolniczych, tylko kilkadziesiąt tysięcy lat wcześniej. Jak wykazała Chantal Jègues-Wolkiewicz, francuska badaczka zdobionych malowidłami jaskiń europejskich z tamtego okresu, były takie ich zespoły, które wybierano ze względu na orientację wejścia w kierunku astronomicznie istotnym, przede wszystkim na wschody Słońca w przesilenia zimowe i letnie. To zatem, że 12 tys. lat temu w Göbekli tepe konsekwencją tej nagromadzonej wiedzy astronomicznej było stworzenie gigantycznych obiektów z uwzględnieniem orientacji astronomicznych, wcale nie jest zaskakujące.

Czy zatem istnieje jakiś bazowy rdzeń wiedzy astronomicznej, jaką miały wszystkie opisane do dziś cywilizacje, a którego istnienie może sugerować, że tych obserwacji dokonano jeszcze w paleolicie? Rozumiem przy tym oczywiście, że ludzie na północy i południu naszego globu widzą jednak niebo inaczej rozgwieżdżone.

Większość naszych informacji na temat najstarszych dziejów Homo sapiens sapiens (nie mówimy tu o neandertalczyku) pochodzi z półkuli północnej, choć nasz gatunek znacznie wcześniej niż w Europie pojawił się np. w Australii – co najmniej 50 tys. lat temu, czy Afryce – 200 tys. lat temu. Jednak znakomita większość znalezisk interpretowanych jako świadectwa wiedzy kalendarzowo-astronomicznej, np. sztuka naskalna czy niektóre typy zabytków ruchomych, to dziś głównie Europa, Syberia, znacznie zaś mniej Australia, Afryka południowa, czy ostatnio Indonezja. Tak więc wszelkie porównawcze dociekania na temat różnicy w wizjach nieba między paleolitycznymi kulturami obu półkul to raczej pieśń przyszłości.

Choć różnice być musiały, bo gwiazdozbiory południowego nieba są zupełnie inne od tych z północnego, a ponadto nie było tam odpowiednika tak dobrze znanej nam Gwiazdy Polarnej, czy raczej kolejnych, zmieniających się co 26 tys. lat tzw. gwiazd polarnych. Dla przykładu: obecnie naszą gwiazdą polarną jest alfa Małej Niedźwiedzicy, ale dla starożytnych Egipcjan, budowniczych piramid około 2700 lat przed Chrystusem, była to alfa Smoka, czyli wspomniany już Thuban. Podsumowując: 20 czy 30 tys. lat temu ludzie widzieli nie dokładnie takie samo niebo jak my teraz, ale dość podobne. Jednak i dziś są elementy wspólne także między półkulami. Podstawowym odniesieniem dla rachuby czasu i orientacji przestrzennej, jeśli pominąć obydwa obszary podbiegunowe, są cykle Słońca i Księżyca. Te były i są podstawowymi organizatorami naszego czasu.

Najstarsze zaś obserwacje utrwalone i obecnie nam znane np. w formie nacięć na kościach (tabliczek z ciosów mamuta) dotyczą faz Księżyca i pochodzą z górnego paleolitu. Nie wdając się w próby rekonstrukcji ówczesnych wierzeń na temat tego ciała niebieskiego, bardzo prozaicznym i praktycznym powodem tego zainteresowania naszym satelitą był też fakt, o którym zapominamy żyjąc w sztucznie oświetlonym środowisku: że przed okresem „pary i elektryczności” to Księżyc rozświetlał nocne ciemności, a zatem warto było wiedzieć z wyprzedzeniem, kiedy będzie pełnia, a kiedy nów oraz przez jaką część nocy będzie jasno.

Równie praktyczne bywa obserwowanie związanych z Księżycem pływów morskich, zwłaszcza jak się jest łowcą zbieraczem i liczy się na pożywne małże. Wyjdźmy jednak z paleolitu i zajmijmy się pana wieloletnimi badaniami nad kulturą Inków i ich astronomią, łącznie z niedawno zakończoną ekspedycją na Machu Picchu. Czy tam można jeszcze coś nowego znaleźć?

Polskie Stonehenge. Ludzie chodzili po Bukowej Górze już 11 tys. lat temu. Osadzali w ziemi megality i zbudowali setki kurhanów

W okolicy wytapiano srebro i ołów już we wczesnym średniowieczu.

zobacz więcej
Nie zaczynałem swoich badań od razu od Ameryki Południowej. Pracowałem i nadal trochę pracuję na Pomorzu nad tzw. kręgami kamiennymi pochodzącymi z okresu wędrówek Gotów (I do III w. n.e.). Zajmowałem się tam z moim kolegą śp. astronomem Robertem Sadowskim sprawdzaniem precyzji ich orientacji i czy one były tylko na Słońce, czy też np. na gwiazdy, co postulowali badacze niemieccy, widzący w tych kręgach zabytki jakoby wielkiej wiedzy astronomicznej plemion germańskich czy wręcz pra-germańskich. Okazało się, że pewne orientacje solarne, np. na kierunki przesileń Słońca, prawdopodobnie są intencjonalne, natomiast te na gwiazdy absolutnie nie dają się udowodnić.

Wokół kręgów narosło mnóstwo najprzedziwniejszych „teorii” archeoastronomicznych czy raczej paraastronomicznych. Jest nawet takie stowarzyszenie, którego nazwy nie wymienię, zajmujące się „badaniem” tych kręgów, tworzące przy okazji cały zespół nowych mitów i praktyk. Takich jak te, że jakoby energią na tych kręgach można się naładować – byle ostrożnie, żeby się nie „przegrzać” (dosłownie i w przenośni) – albo że są to obiekty związane z pojawieniami UFO itd. Adepci tego nowego kultu zbierają się tam na ceremoniach w okresach przesileń i równonocy, i traktują swoje rytuały bardzo poważnie. Mnie zaś bawi szalenie, że oni w tych wszystkich rozważaniach o ładowaniu się energią zapominają, że te wszystkie obiekty np. w Odrach koło Czerska na Pomorzu czy w kaszubskich Węsiorach pod Sulęczynem były przekopane. Zatem to, co owi wyznawcy widzą, to nie jest żaden zabytek „nienaruszony tam od wielu tysięcy lat” (choć my wiemy, że raptem od niecałych dwóch tysięcy), tylko rekonstrukcja archeologów.

Co zaś robimy w Machu Picchu… Ja zajmuję się astronomią i kalendarzem Inków. Właśnie z Robertem Sadowskim zrekonstruowaliśmy ten kalendarz, a dzięki pomocy prof. Tomasza Bulika z Obserwatorium Astronomicznego UW doprecyzowaliśmy tę rekonstrukcję i opisaliśmy dla odbiorcy najbardziej zainteresowanego, czyli po hiszpańsku. Zrozumienie jakiejś kultury bez pojęcia systemu czasu, jakim ona operuje, będzie w sposób oczywisty ułomne. Jest równie elementarne, jak dla archeologów przyszłości będzie odkrycie, dlaczego nasz tydzień miał 7 dni, a nie np. 10, i dlaczego w Chinach w tym samym czasie taki podział nie był obserwowany. Dla ludów, które ja badam, wielkim zaskoczeniem było to, że przybyli Europejczycy i kazali wprowadzić tydzień siedmiodniowy. Mieli przedtem zupełnie inną formę organizacji czasu. Jak jej podział czasu wpływał na zachowania społeczne, choćby zbiorowe ceremoniały? Dlatego rekonstruujemy kalendarze dawnych kultur.

Choć konsekwencje tego mogą być dość nieprzewidywalne, gdy taka wiedza przenika, w formie dalece uproszczonej, do kultury masowej. Tak było całkiem niedawno, gdy wiele osób uwierzyło, że świat miał się skończyć 21 grudnia 2012 roku. Miało to wynikać z tzw. długiej rachuby Majów, według której tego właśnie dnia kończyła się era 13 baktunów, czyli ok. 5125 lat. Dało to podstawę do powstania niezwykle kasowych filmów katastroficznych, ze słynnym „2012” na czele.

Próba inkaskiej rekonkwisty była nieskuteczna m.in. dlatego, że wielka armia pod wodzą Manko Inki otoczyła Cuzco i… stanęła. Czekała z atakiem na pełnię Księżyca. Hiszpanie to wykorzystali.

Mnie z kolei, gdy czytałam o Machu Picchu – tej w istocie rezydencji elit, gdzie nie było wcześniejszego osadnictwa – zainteresował ten specjalny „kamień słoneczny” czy „astronomiczny”…

To jest jeden z popularnych, ale mitów współczesnych na temat archeoastronomii Inków. Chodzi pani o Intihuatanę. Tą nazwę zapisano po raz pierwszy bodajże w 1842 roku i wcale nie w odniesieniu do Machu Picchu, które wtedy jeszcze nie zostało odkryte ponownie dla świata, tylko stanowiska w dolinie Urubamba. To słowo znaczy „miejsce służące do wiązania Słońca”. W przypadku Machu Picchu jest to obrobiona naturalna skała, rodzaj ołtarza służącego do składania ofiar, a nie wykonywania jakichś astronomicznych obserwacji. Cała rezydencja służyła głównie celom reprezentacyjnym i ceremonialnym, była zamieszkiwana m.in. przez elitę kapłańską. Natomiast są w Machu Picchu, aczkolwiek nie w sąsiedztwie owego ołtarza, dwa obserwatoria, które służyły do prowadzenia stosunkowo precyzyjnych badań Słońca i Księżyca. I właśnie te miejsca badaliśmy podczas naszych ekspedycji.

Tu trzeba podkreślić, że gdy mówimy o orientacji astronomicznej, ważny jest jej cel. Na przykład tak orientowano wejście do budowli ceremonialnej, by w nim właśnie widać było Słońce wschodzące podczas przesilenia letniego, co na uczestnikach ceremonii religijnej miało wywrzeć teatralny efekt. Ale to na etapie planowania i budowy nie wymaga, jak wspominałem przy okazji Stonehenge, żadnej wielkiej precyzji. Co innego zaplanowanie i zorientowanie konstrukcji, które w istocie miały służyć jako obserwatoria astronomiczne. Tu wymagane jest obmyślenie i wykonanie najdoskonalsze, jak tylko możliwe, oczywiście przy użyciu technik będących w zasięgu danej kultury. Na ogół są to konstrukcje niewielkie, choć bywają i olbrzymie, jak np. obserwatorium Uług Bega w Samarkandzie.

Jedno z tych obserwatoriów w Machu Picchu było już nauce znane, ale myśmy wykazali, że było znacznie bardziej skomplikowane niż sądzono dotąd. Chodzi o tzw. jaskinkę Intimachay, znajdującą się na obszarze dostępnym turystom. Natomiast drugi obiekt, który przebadaliśmy, nie jest dostępny dla turystów. Znajduje w części, do której trzeba się przedzierać z maczetami, a gdzie nadal prowadzone są wykopaliska. Nasi peruwiańscy koledzy, w tym jego odkrywca Fernando Astete Victoria podejrzewali, że to miejsce – nazywane Inkaraqay – służyło do obserwacji astronomicznych. Trzeba to było jednak jeszcze wykazać, czyli pomierzyć. Zrobiliśmy to razem z prof. Jackiem Kościukiem z Politechniki Wrocławskiej. Wszystko, co w tej chwili wiadomo na temat Machu Picchu, w tym na temat orientacji astronomicznych niektórych budynków, nie tylko zresztą Intimachay i Inkaraqay, jest dostępne on-line w formie syntetycznego podsumowania pt. „Machu Picchu in context” pod redakcją moją, prof. Nicola Masiniego i José Bastante.

Jak owo niebo niegdyś obserwowano, to jest jedna kwestia. Drugą, nawet bardziej zajmującą jest to, jak astronomia kształtowała życie i funkcjonowanie ówczesnych Inków.

Rzecz podstawowa: w epoce nowożytnej my Europejczycy jesteśmy przyzwyczajeni do rozdziału nauki i religii. On jednak nie istniał w społeczności inkaskiej, nie było astronomów, którzy nie byli kapłanami, zatem cała ich działalność była związana z systemem religijnym tej społeczności.

Bogowie uwielbiali ludzką krew i dym z palonych serc. Czaszki ofiar obierano ze skóry i mięśni, a czerepy nawlekano na żerdź

Najpierw kapłan ostrym jak brzytwa nożem z obsydianu rozcinał klatkę piersiową i wyjmował bijące wciąż serce. To uśmiercało ofiarę. Rytuał jednak trwał dalej.

zobacz więcej
Czy uważali ciała niebieskie za bogów?

Oczywiście. Księżyc był przedstawiany jako kobieta, żona Słońca, który był mężczyzną. Ale to jest materiał na wykład na cały semestr dla studentów archeologii (śmiech). Zatem podam jeden przykład na ten dojmujący wpływ astronomii na życie społeczne i decyzje polityczne Inków. W kulturach andyjskich mianowicie funkcjonuje przekonanie, że Księżyc w swych kolejnych fazach determinuje aktywności, którym można się oddawać. I tak np. w okresie nowiu nie należy prowadzić działań wojennych. Wierzono, że dopiero, gdy Księżyc idzie ku pełni, a zwłaszcza w czasie pełni staje się zbiornikiem energii, która może być rozdysponowana między wojowników i wtedy mogą oni skutecznie walczyć. To miało olbrzymi wpływ na podbój Inków przez Hiszpanów. A dokładniej na wydarzenia z 1536 roku, kiedy to Inkowie postanowili się pozbyć swoich sojuszników (sic!) Hiszpanów. Tak właśnie, sojuszników, choć to może brzmieć zaskakująco.

Podbój hiszpański wstępnie się udał, gdyż były dwie śmiertelnie ze sobą skłócone frakcje arystokracji inkaskiej, które wysunęły do władzy konkurencyjnych pretendentów i wybuchła regularna wojna domowa, która toczyła się na dobre w 1532 roku, kiedy przybyli Hiszpanie. Jedna z tych rywalizujących inkaskich frakcji sprzymierzyła się z Hiszpanami i przez dwa lata walczyli wspólnie przeciwko tej drugiej. Kiedy zwycięska dzięki Hiszpanom frakcja zorientowała się, że Hiszpanów przybywa coraz więcej, zakładają swoje miasta i wcale nie chcą sobie pójść mimo złota, które dostali, uznała poniewczasie, że trzeba się ich pozbyć. Próba tej inkaskiej rekonkwisty była jednak nieskuteczna, między innymi dlatego, że wielka armia pod wodzą Manko Inki, która w drugiej połowie kwietnia otoczyła Cuzco zajęte przez Hiszpanów i pozostałych przy nich indiańskich sojuszników, stanęła i… czekała. Czekała z atakiem na pełnię Księżyca, a to dało Hiszpanom czas na przygotowanie obrony. Dopiero w nocy z 5 na 6 maja 1536 roku ruszył potężny atak, spychający Hiszpanów do zaledwie kilku centralnych budynków i placu, reszta miasta wpadła w ręce Inków. No ale minęła pełnia i po kilku dniach, gdy zbliżał się nów, Indianie przestali walczyć i częściowo się wycofali, bo trzeba było złożyć ofiary i nie wolno było walczyć. Oczywiście Hiszpanie to wykorzystali i odbili utracone przedtem pozycje, a Inkowie stracili tę pierwszą, najlepszą okazję i mimo ciągnących się jeszcze przez kilka lat walk, w końcu przegrali.

Co ciekawe, mimo tego doświadczenia, jeszcze dwadzieścia lat później, w ostatnim inkaskim bastionie w Vilcabamba, położonym w tropikalnym lesie na wschodnich stokach Andów, inkaska elita władzy dostosowywała niektóre ze swych najważniejszych działań, nie tylko militarnych, do cyklu Księżyca – nawet w takich sprawach, jak terminy rozpoczęcia negocjacji z władzami hiszpańskiego Wicekrólestwa Peru.

– Magdalena Kawalec-Segond

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



W Machu Picchu zajmuję się astronomią i kalendarzem Inków – mówi archeolog Mariusz Ziółkowski. Fot. z archiwum Magdaleny Kawalec-Segond
Prof. dr hab. Mariusz Ziółkowski studiował archeologię śródziemnomorską i historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim. Aktualnie piastuje stanowisko dyrektora Centrum Badań Andyjskich UW, jest także prezesem Oddziału Polskiego The Explorers Club. Uczestniczył w projektach badawczych w Polsce, Iraku oraz od 1978 roku w krajach obszaru andyjskiego: Ekwadorze, Peru, Boliwii i Chile. Specjalizuje się w technikach datowania bezwzględnego w archeologii, archeoastronomii, etnohistorii i archeologii, szczególnie w odniesieniu do Tahuantinsuyu, czyli państwa Inków. Jest autorem i współautorem kilkudziesięciu artykułów i książek naukowych, w tym „Machu Picchu in context”, wydanej w 2022 r. pracy zbiorowej poświęconej kierowanym przez niego pracom międzynarodowego zespołu na terenie parku archeologicznego Machu Picchu. W uznaniu jego zasług dla archeologii Peru otrzymał tytuł honorowego profesora Uniwersytetu Katolickiego Santa María w Arequipie oraz peruwiański Order Zasługi.
ODWIEDŹ I POLUB NAS
Zdjęcie główne: „Altomisayoq” – Andyjski kapłan Cesar Augusto Salazar modli się przed cytadelą Machu Picchu w południowo-andyjskim regionie Cusco w Peru, kwiecień 2019. Fot. PAP/EPA, Ernesto Arias
Zobacz więcej
Rozmowy wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Zarzucał Polakom, że miast dobić wroga, są mu w stanie przebaczyć
On nie ryzykował, tylko kalkulował. Nie kapitulował, choć ponosił klęski.
Rozmowy wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
W większości kultur rok zaczynał się na wiosnę
Tradycji chrześcijańskiej świat zawdzięcza system tygodniowy i dzień święty co siedem dni.
Rozmowy wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Japończycy świętują Wigilię jak walentynki
Znają dobrze i lubią jedną polską kolędę: „Lulajże Jezuniu”.
Rozmowy wydanie 15.12.2023 – 22.12.2023
Beton w kolorze czerwonym
Gomułka cieszył się, gdy gdy ktoś napisał na murze: „PPR - ch..e”. Bo dotąd pisano „PPR - Płatne Pachołki Rosji”.
Rozmowy wydanie 8.12.2023 – 15.12.2023
Człowiek cienia: Wystarcza mi stać pod Mount Everestem i patrzeć
Czy mój krzyk zostanie wysłuchany? – pyta Janusz Kukuła, dyrektor Teatru Polskiego Radia.