Benedyktyńska praca budziła szczery podziw. I gdzieś na początku tej wystawy, pod zdjęciami dokumentującymi bombardowanie, pokazującymi jak wybuchają bomby i jak pękają od podmuchów witraże, znalazłem napis tej mniej więcej treści: „Bombardowanie. Kościół leży w gruzach. Nie tak miało być, gdy zaczynała się wojna”.
Istotnie. Nie tak miało być. Niszczenie kościołów mogło się dokonywać gdzieś na wschodzie, w jakimś Wieluniu, Warszawie, czy Frampolu, ale w Norymberdze. Dobry niemieccy protestanci, którzy swoją wystawą pragnęli wyrazić ból z powodu zniszczenia świątyni i dumę z jej odbudowy, w prostocie ducha wyrazili to, co tkwi w umysłach wielu ludzi na zachodzie Europy. Że dla ziem położonych na wschodzie zniszczenie i zagrożenie wojną jest stanem naturalnym, gdy zaś przyjdą do nich, przekroczona zostaje granica „nawet”. Wtedy „nawet” oni są zagrożeni, a to już z trudem daje się pomyśleć.
Mam przekonanie, że cała niemiecka i europejska polityka wobec Rosji po roku 1991, a zwłaszcza w ostatniej dekadzie, całe to lekceważenie i wyśmiewanie ostrzeżeń Polaków, Bałtów, to „pragmatyczne” podejście do cierpienia Ukraińców i niezwracanie uwagi na zbrodnie na cywilach, jak choćby zamordowanie 300 pasażerów malezyjskiego samolotu MH17, przy jednoczesnym planowaniu i realizowaniu wielkich interesów z Rosją, wszystko to wynikało z niezachwianego poczucia bezpieczeństwa. Z poczucia, że między ewentualnym zagrożeniem, a jądrem Europy istnieje duża strefa, którą rosyjski agresor może się nasycić i nigdy nie dojdzie do tego, że „nawet” ich miasta zostaną zagrożone.
Nikt przecież nie mówi, że po pokonaniu Ukrainy agresja może dotknąć „nawet” Łotwę, „nawet” Litwę”, czy „nawet” Polskę. To przecież oczywiste, że o żadnym „nawet” nie ma mowy. Agresja może dotknąć te kraje „po prostu”. „Nawet” jest przeznaczone dla Niemiec, Francji, Holandii...
Owszem, Joe Biden powiada, że NATO będzie bronić „każdego cala” ziemi należącej do krajów sojuszu. I za nim podobnie wypowiadają się inni politycy, niezależnie od tego, czy sądzą, że ich armie będą w stanie wypełnić to zobowiązanie. Nie od dziś wiadomo jednak, że nie są w stanie, a jedyną armią zdolną do wypełniania zobowiązań sojuszniczych jest armia amerykańska, coraz bardziej uwikłana w planowanie w innych rejonach świata.
Ostatnio dowiedzieliśmy się, że europejski przemysł obronny nie był w stanie wyprodukować choćby miliona pocisków armatnich dla walczącej Ukrainy. To jest ilość potrzebna na mniej więcej kwartał intensywnej walki. Biorąc pod uwagę rosyjskie podejście do prowadzenia wojny opierające się na masowym ataku bez oglądania się na straty, to jest bardzo niewiele.
Niemieckie „Zeitenwende”, które nota bene za kwartał obchodzić będzie swoją drugą rocznicę, nadal nie zdołało doprowadzić choćby do zwiększenia wydatków obronnych kraju do poziomu wymaganych przez NATO 2% PKB. Europa zajmuje się coraz bardziej zwalczaniem spalinowych samochodów i zastanawianiem się, jak bardzo na emisję gazów cieplarnianych wpływa spożywanie mięsa i nabiału. Nie zajmowałaby się tym, gdyby w głębi duszy nie czuła się bezpieczna.
Ten „neo-limes” ma się dobrze. „Nawet” jest tam, gdzie umieścił je Hans Dietrich Genscher trzy dekady temu – na granicy dawnego Układu Warszawskiego z wyłączeniem NRD. Nasz los zależy od tego, czy uda nam się to „nawet” przesunąć na naszą wschodnią granicę, lub jeszcze dalej. Od tego, czy jakiś następny amerykański publicysta w naturalny sposób napisze, że w razie, gdy Rosja nie zostanie zdecydowanie pokonana „nawet Polska” będzie zagrożona.
– Robert Bogdański
TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy