Cywilizacja

Europa podzielona. Zachód wciąż czuje się bezpieczny

Nikt nie mówi, że po pokonaniu Ukrainy agresja może dotknąć „nawet” Łotwę, „nawet” Litwę”, czy „nawet” Polskę. To przecież oczywiste. Agresja może dotknąć te kraje „po prostu”. Słowo „nawet” jest przeznaczone dla Niemiec, Francji, Holandii...

Przezwyciężenie podziału Europy w roku 1989 dokonywało się na dwa sposoby. Jeden związany był z jego akceptacją, a drugi polegał na jego zanegowaniu. Akceptację czuło się wyraźnie w haśle „powrotu do Europy”, jakie funkcjonowało choćby w pierwszych quasi-demokratycznych wyborach w roku 1989.

Pewnie ktoś jeszcze pamięta urocze w swej graficznej nieudolności plakaty wyborcze kandydata do Senatu, elokwentnego działacza PZPR na uczelni ekonomicznej, Dariusza Rosatiego, który na fotografii uśmiechnięty kroczył naprzód zaznaczając, że to my wszyscy „idziemy do Europy”, a on tylko skromnie pragnie stanąć na naszym czele. Akurat wtedy mu się jeszcze nie udało.

To skądinąd zabawne, że przedstawiciel formacji, która traktowała wydawanie paszportów jako nagrodę dla poddanych, był pierwszym, który chciał zlikwidować podział. Zlikwidować, ale nie zanegować. Bo w gruncie rzeczy hasło to opierało się na akceptacji podziału na „Europę” i „nie-Europę”.

Chodziło więc o coś w rodzaju masowej migracji na zachód. A może zresztą nie tyle migracji masowej, co migracji elit? Bo potem na zachód ruszyły autentyczne masy i tylko był z tego wstyd, a profesora Marcina Króla przepełniało zażenowanie, że Polak nie potrafi spożywać ostryg...

Zanegowanie podziału zostało natomiast najsilniej wyartykułowane przez Jana Pawła II, który uparcie i z mocą powtarzał, że Polska od tysiąca lat jest częścią Europy i to, co dzieje się po roku 1989 to nie jest żaden powrót, tylko likwidacja sztucznie postawionej granicy. Owo rozdarcie – powiadał papież – jakie się dokonało po II wojnie światowej było zjawiskiem nienaturalnym i osłabiało kontynent, którego płuca były rozdzielone i nie mogły służyć dobrze całemu organizmowi.

Była to zresztą postawa, jaką Jan Paweł II prezentował jeszcze wcześniej, choćby mówiąc europosłom w czasie swojej pierwszej wizyty w Parlamencie Europejskim w roku 1988, że ich kraje nie reprezentują „całej Europy”.

Cóż jednak po najmocniejszym nawet przekazie wychodzącym od największego nawet autorytetu swoich czasów, gdy zwykli ludzie wiedzieli swoje. Owszem, chętnie słuchali słów o tradycji i dumie narodowej, ale w gruncie rzeczy głęboko wstydzili się nędzy, w jakiej przyszło im żyć. Bo po mszach papieskich zrzucali odświętne ubrania i jechali „do Niemca”, gdzie można było zarobić na życie, choćby zbierając szparagi.

Zwykli ludzie głosowali nogami, ale jak zwykle najlepiej nazywali rzeczywistość inteligenci. Władysław Bartoszewski nazwał tę nie dość europejską Polskę „brzydką panną na wydaniu”, muszącą się pilnie starać, aby ją konkurenci zechcieli wziąć. Kimże był prosty zbieracz szparagów, aby myśleć inaczej?

Ten swoisty „neo-limes” [limes był rzymską linią umocnień mających chronić granice imperium – red.], który zakorzenił się przez ponad cztery dekady w myśleniu europejskim i znaczył zarówno ekonomiczną, jak i mentalną granicę między dwiema Europami, nie był wcale wynalazkiem czasów komunistycznych. I nie zniknął w umysłach po tym, jak komunizm upadł.
Kanclerz RFN Helmut Kohl (z prawei) i szef niemieckiego MSZ Hans-Dietrich Genscher usiłowali nie dopuścić do przyjęcia państw dawnego bloku sowieckiego do NATO. Fot. PAP/DPA
Obrzydzenie manifestowane przez doktora Goebbelsa w czasie jego wizyty w okupowanej Polsce w listopadzie 1939 roku nie wynikało bynajmniej z jego przynależności do NSDAP, ale z poczucia wyższości kulturowej, którą dzielił z Niemcami wcale nie należącymi do partii. Istnieje na ten temat spora literatura. Od początku wojny było wiadomo, że zachód Europy jest obszarem, na którym trzeba miarkować swoje działania, a na wschodzie wolno było więcej, potem o wiele więcej, a jeszcze potem – wszystko.

Symbolicznie tę granicę uwidacznia pytanie, jakie stawiają dziś czasem młodzi ludzie wychowani w krajach „starej Europy”: co Polacy zrobili, aby zapobiec eksterminacji Żydów i czemu polscy robotnicy kolejowi nie odmówili po prostu prowadzenia transportów do Auschwitz? Skoro można było strajkować w Holandii, w Danii, czemu nie w Polsce? W oczach tych młodych ludzi strajk byłby dobrym narzędziem walki na wojnie, podobnie jak jest nim teraz. Kto wie, może także blokady dróg? Pytającym nie przychodzi do głowy, że pojazdy mogłyby po prostu przejechać po ciałach protestujących. Realizm zachodu Europy i realizm wschodu to dwa różne zjawiska.

Te dwie Europy w ciągu ostatnich trzech dekad przybliżyły się do siebie. „Neo-limes” zmienił charakter, ale nie zniknął. Nie jest już związany z rozwojem ekonomicznym i cywilizacyjnym. Szparagi nie przyciągają już tak wielu zbieraczy, jak trzydzieści lat temu. Owszem, nadal zachód Europy jest o wiele bogatszy i będzie tak jeszcze długo, ale różnica nie jest tak wyraźna i nikt już nie powie za doktorem Goebbelsem, że „to Azja”. Powie raczej, że to Azja mu zagraża. I to zagrożenie jest dla niego stanem naturalnym, w odróżnieniu od prawdziwej Europy, która powinna cieszyć się bezpieczeństwem, bo ono jej się należy niejako z urodzenia.

Niedawno Anne Applebaum napisała w amerykańskim lewicowo-liberalnym „The Atlantic”, którego jest stałą współpracowniczką, artykuł pod tytułem szokującym zapewne większość czytelników: „Zachód musi pokonać Rosję”. Autorka książki o Gułagu i wytrawna znawczyni Wschodu i Rosji rozwijała w tekście tezę dość oczywistą dla ludzi z naszego obszaru geopolitycznego, ale dla wielu Amerykanów (i Europejczyków z Zachodu) wielce oryginalną: że jeśli Rosja nie zostanie po prostu pokonana i to pokonana w dosłownym, a nie przenośnym tego słowa znaczeniu, nikt w Europie nie będzie się mógł czuć bezpiecznie. ODWIEDŹ I POLUB NAS I tu pojawiło się słowo „nawet”, które w moim przekonaniu stanowi obecnie o mentalnym położeniu krajów, które „wróciły do Europy”, ale jakby nie do końca. Według Applebaum pozostawienie Rosji wolnej ręki mogłoby doprowadzić do powstania „nowego rodzaju Europy, w której Polska, kraje bałtyckie i nawet Niemcy znajdowałyby się pod ciągłą fizyczną presją”.

Jedno zwyczajne słowo. „Nawet”. Tkwi w zwyczajnym zdaniu, w miejscu dla siebie przeznaczonym. A jednak ileż wywołuje skojarzeń! Anne Applebaum zapewne użyła go w sposób naturalny i opisowy. Po prostu sama odległość Niemiec od obecnego frontu na Zaporożu i w Donbasie sprawia, że są one bezpieczniejsze i nie ma w tym niczego nadzwyczajnego.

A jednak od razu przypomina się Hans Dietrich Genscher i jego sprzeciw wobec poszerzenia NATO na wschód. I jednoczesna jego silna deklaracja, że Niemcy po zjednoczeniu powinny w Sojuszu być. Postawa, która znajdowała zrozumienie i akceptację u ówczesnego amerykańskiego sekretarza stanu Jamesa Bakera uczestniczącego wówczas w wielkiej grze o rozpad Związku Sowieckiego – drobne kraje środkowej i wschodniej Europy nie były dla niego pozycją w rachunku.

Genscher i jego szef Helmut Kohl zajmowali przy tym stole miejsce, które wydawało się wszystkim naturalne i należne. I umiejętnie rozgrywając Amerykanów dyktowali warunki owej drobnicy, która była wówczas słaba i zdezorientowana, a dopiero kilka lat później stała się zdolna do podjęcia walki o swoje bezpieczeństwo.

Echo owej naturalności poczułem, gdy kilka lat temu zwiedzałem kościół św. Sebalda w Norymberdze. Wspaniały gotycki budynek położony w centrum miasta przy placu Albrechta Dürera, ze słynnym krucyfiksem Wita Stwosza na tęczy. Od kilkuset lat świątynia należy do wspólnoty protestanckiej, która dba o nią pieczołowicie. Pieczołowitość ta zwłaszcza objawiła się po II wojnie, bo wskutek amerykańskich bombardowań kościół legł w gruzach i podjęto staranną odbudowę. Tę odbudowę dokumentowała wystawa pokazująca fotografie stanu obecnego i stanu po zburzeniu.

Mitteleuropa, czyli Europa Środkowa. Cała niemiecka

Dlaczego ktoś musi zarządzać Europą i dlaczego powinny to być Niemcy?

zobacz więcej
Benedyktyńska praca budziła szczery podziw. I gdzieś na początku tej wystawy, pod zdjęciami dokumentującymi bombardowanie, pokazującymi jak wybuchają bomby i jak pękają od podmuchów witraże, znalazłem napis tej mniej więcej treści: „Bombardowanie. Kościół leży w gruzach. Nie tak miało być, gdy zaczynała się wojna”.

Istotnie. Nie tak miało być. Niszczenie kościołów mogło się dokonywać gdzieś na wschodzie, w jakimś Wieluniu, Warszawie, czy Frampolu, ale w Norymberdze. Dobry niemieccy protestanci, którzy swoją wystawą pragnęli wyrazić ból z powodu zniszczenia świątyni i dumę z jej odbudowy, w prostocie ducha wyrazili to, co tkwi w umysłach wielu ludzi na zachodzie Europy. Że dla ziem położonych na wschodzie zniszczenie i zagrożenie wojną jest stanem naturalnym, gdy zaś przyjdą do nich, przekroczona zostaje granica „nawet”. Wtedy „nawet” oni są zagrożeni, a to już z trudem daje się pomyśleć.

Mam przekonanie, że cała niemiecka i europejska polityka wobec Rosji po roku 1991, a zwłaszcza w ostatniej dekadzie, całe to lekceważenie i wyśmiewanie ostrzeżeń Polaków, Bałtów, to „pragmatyczne” podejście do cierpienia Ukraińców i niezwracanie uwagi na zbrodnie na cywilach, jak choćby zamordowanie 300 pasażerów malezyjskiego samolotu MH17, przy jednoczesnym planowaniu i realizowaniu wielkich interesów z Rosją, wszystko to wynikało z niezachwianego poczucia bezpieczeństwa. Z poczucia, że między ewentualnym zagrożeniem, a jądrem Europy istnieje duża strefa, którą rosyjski agresor może się nasycić i nigdy nie dojdzie do tego, że „nawet” ich miasta zostaną zagrożone.

Nikt przecież nie mówi, że po pokonaniu Ukrainy agresja może dotknąć „nawet” Łotwę, „nawet” Litwę”, czy „nawet” Polskę. To przecież oczywiste, że o żadnym „nawet” nie ma mowy. Agresja może dotknąć te kraje „po prostu”. „Nawet” jest przeznaczone dla Niemiec, Francji, Holandii...

Owszem, Joe Biden powiada, że NATO będzie bronić „każdego cala” ziemi należącej do krajów sojuszu. I za nim podobnie wypowiadają się inni politycy, niezależnie od tego, czy sądzą, że ich armie będą w stanie wypełnić to zobowiązanie. Nie od dziś wiadomo jednak, że nie są w stanie, a jedyną armią zdolną do wypełniania zobowiązań sojuszniczych jest armia amerykańska, coraz bardziej uwikłana w planowanie w innych rejonach świata.

Ostatnio dowiedzieliśmy się, że europejski przemysł obronny nie był w stanie wyprodukować choćby miliona pocisków armatnich dla walczącej Ukrainy. To jest ilość potrzebna na mniej więcej kwartał intensywnej walki. Biorąc pod uwagę rosyjskie podejście do prowadzenia wojny opierające się na masowym ataku bez oglądania się na straty, to jest bardzo niewiele.

Niemieckie „Zeitenwende”, które nota bene za kwartał obchodzić będzie swoją drugą rocznicę, nadal nie zdołało doprowadzić choćby do zwiększenia wydatków obronnych kraju do poziomu wymaganych przez NATO 2% PKB. Europa zajmuje się coraz bardziej zwalczaniem spalinowych samochodów i zastanawianiem się, jak bardzo na emisję gazów cieplarnianych wpływa spożywanie mięsa i nabiału. Nie zajmowałaby się tym, gdyby w głębi duszy nie czuła się bezpieczna.

Ten „neo-limes” ma się dobrze. „Nawet” jest tam, gdzie umieścił je Hans Dietrich Genscher trzy dekady temu – na granicy dawnego Układu Warszawskiego z wyłączeniem NRD. Nasz los zależy od tego, czy uda nam się to „nawet” przesunąć na naszą wschodnią granicę, lub jeszcze dalej. Od tego, czy jakiś następny amerykański publicysta w naturalny sposób napisze, że w razie, gdy Rosja nie zostanie zdecydowanie pokonana „nawet Polska” będzie zagrożona.

– Robert Bogdański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

SDP 2023

Zdjęcie główne: Zamek Saalburg, fragment rzymskich limes zrekonstruowanych w górach Taunus w niemieckiej Hesji. Fot. Alfred Buellesbach / Visum / Forum
Zobacz więcej
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Legendy o „cichych zabójcach”
Wyróżniający się snajperzy do końca życia są uwielbiani przez rodaków i otrzymują groźby śmierci.
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Pamiętny rok 2023: 1:0 dla dyktatur
Podczas gdy Ameryka i Europa były zajęte swoimi wewnętrznymi sprawami, dyktatury szykowały pole do przyszłych starć.
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Kasta, i wszystko jasne
Indyjczycy nie spoczną, dopóki nie poznają pozycji danej osoby na drabinie społecznej.
Cywilizacja wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Jak Kościół katolicki budował demokrację amerykańską
Tylko uniwersytety i szkoły prowadzone przez Kościół pozostały wierne duchowi i tradycji Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych.
Cywilizacja wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Budynki plomby to plaga polskich miast
Mieszkania w Polsce są jedynymi z najmniejszych w Europie.