Cywilizacja

Nie martw się, gdzie jest twoje dziecko, grunt, żeby było zdrowe

Dla urzędników opieki socjalnej wszystko może być pretekstem do odebrania dziecka: donos sąsiadów, zwykła sprzeczka rodziców, czy wreszcie choroba malucha, z którą lekarze nie mogą sobie poradzić. Nicole i Jasper Schijf wraz z córeczką uciekli z Holandii i w zeszłym tygodniu dotarli do Polski. W naszym kraju złożyli wniosek o azyl.

Kiedy urzędnicy z holenderskiej opieki socjalnej „wykryli” u Nicole tzw. przeniesiony syndrom Münchausena (MSBP), życie rodziny mocno się skomplikowało. W świecie medycyny podobne zaburzenie osobowości występuje stosunkowo rzadko, ale nie w Holandii czy Niemczech. Tam diagnoza ta jest stosunkowo popularna, a na jej podstawie można w świetle prawa odebrać rodzicom dzieci.

Problemy państwa Schijf zaczęły się od… zatwardzenia u 16-miesięcznej córeczki Olivii. Na niewinną, choć uciążliwą dolegliwość, rodzice zareagowali natychmiast. Dwóch niezależnych lekarzy, w dwóch różnych miastach, postawiło tę samą diagnozę i zaordynowało leczenie. Jednak gdy doktor prowadzący, gastrolog poszedł na urlop, do akcji wkroczyła jego koleżanka po fachu, na co dzień zajmująca się inną dziedziną medycyny. Pani doktor zakwestionowała dotychczasową kurację i nakazała ją przerwać. Gdy dziecko czuło się coraz gorzej, Nicole postanowiła choć częściowo wrócić do poprzednich zaleceń specjalisty. Ta decyzja, jak twierdzi rodzina dziecka, wyjątkowo rozsierdziła lekarkę, która postanowiła zakończyć współpracę z matką dziecka i zawiadomić o jej „podejrzanym” zachowaniu służby opieki społecznej.

Od tej pory życie rodziny zaczęło się komplikować zgodnie z przewidzianą procedurą.

Prawnicy: nie macie szans

W domu Nicole i Jaspera zjawili się przedstawiciele Veilig Thuis (VT), holenderskiego urzędu pomocy socjalnej tropiącego nadużycia wobec dzieci. Początkowo grzecznie sugerowali, by dziewczynkę jeszcze raz zbadać w szpitalu, tym razem w Amsterdamie. Kilka dni później delikatna sugestia zmieniła się w nieznoszący sprzeciwu nakaz.

Z relacji rodziny wynika, że powodem zmiany tonu miała być analiza kartoteki medycznej matki dziecka. Przedstawicieli VT przeraziła długa lista badań kobiety i jej wizyt u lekarzy. Jak się potem okazało, początkowe podejrzenie o zaburzenie osobowości zwane przeniesionym zespołem Münchausena (MSBP), w tym momencie stało się już pewną diagnozą.

Schorzenie jest zaburzeniem osobowości polegającym na przykład na podtruwaniu własnego dziecka, wmawianiu mu choroby, po to, by być w centrum uwagi.

Nie pomogły tłumaczenia babci dziecka, że matka Nicole musi być okresowo badana ze względu na genetyczną chorobę płuc, na którą chorują członkowie jej rodziny. Poza tym dziewczyna od dawna uprawia sporty ekstremalne, w tym ultramaratony, co też wiąże się z systematycznymi wizytami u specjalistów. Dla urzędników sprawa była oczywista: zaburzenia osobowości i to nie tylko u matki dziecka, ale i u babki, która zdaniem lekarzy z VT zbyt często prowadziła Nicole do medyków. Zatem wychowana na podobnych wzorcach Nicole również ma działać na szkodę swojego dziecka.

Polski sąd wziął pod opiekę Holendra ściganego listem gończym za domniemaną przemoc domową

W środę 5 lipca 2023 sędziowie w Krakowie stwierdzili, że ma podstaw do aresztowania.

zobacz więcej
Wypełniając zalecenia, Nicole zgłosiła się z córeczką do szpitala w Amsterdamie, gdzie mogła ją widywać tylko przez określony czas, zawsze w obecności nadzorcy. Naturalnie stan emocjonalny dziecka zaczął się pogarszać. Kobieta nie bacząc na konsekwencje, opuściła szpital na własne żądanie. Wraz z mężem porozumieli się jeszcze z opieką socjalną, proponując, że pozwolą zamontować kamery w swoim domu i zgodzą się na kontrole pielęgniarek w dowolnych porach dnia, byle tylko nie rozdzielano ich z córką.

Nakazano im natychmiastowy powrót do szpitala w Amsterdamie i oznajmiono, że dopiero wtedy będą możliwe jakiekolwiek negocjacje.

Małżeństwo skontaktowało się niezależnie z kilkoma prawnikami, by ocenić swojej możliwości w pojedynku z urzędnikami socjalnymi. Nie pozostawiono im złudzeń. Wszyscy odpowiedzieli: „nie macie szans”.

Wówczas zdecydowali się na wyjazd z kraju. Szukali drogi ucieczki z Unii Europejskiej, więc wybrali Wielką Brytanię. Tam jednak okazało się, że ich holenderskie doświadczenia mogą się powtórzyć. Ponieważ pospiesznie przeglądając internet, trafili na historie Holendrów, którzy znaleźli już schronienie w Polsce, ruszyli nad Wisłę.

Tymczasem holenderski wymiar sprawiedliwości wydał za swoimi obywatelami europejski nakaz aresztowania, a dziecko zostało wpisane do międzynarodowego systemu jako porwane.

– Całe nasze życie przed tymi wypadkami kręciło się wokół Olivii. To przecież pierwsza córka mojej siostry i pierwsza wnuczka mojej matki. Każde z nas ma po kilkaset jej zdjęć i filmików w telefonie. Dlatego długo nie wierzyliśmy w to, co się dzieje. Do dziś ciężko nam w to uwierzyć – mówi w rozmowie z Tygodnikiem TVP Daniel, brat Nicole.

MSBP łatwo się „zarazić”

Historia tej rodziny nie jest odosobnionym przypadkiem. Przeniesiony zespół Münchausena w Holandii czy Niemczech orzekany jest zdecydowanie częściej niż w gdzie indziej. O ile w blisko 40-milionowej Polsce diagnozuje się kilka takich przypadków w ciągu roku, o tyle w liczących ponad 17 milionów mieszkańców Niderlandach, według holenderskich dziennikarzy, w 2016 r. wykryto ok. 100 przypadków.

Co ciekawe, według psychiatrów wiedza o tym zaburzeniu wciąż jest na etapie badań i rozpoznawane są głównie ciężkie fazy schorzenia, mogące skutkować hospitalizacją lub nawet śmiercią.

Profesorowie Dominika Berent, Antoni Florkowski i Piotr Gałecki tak opisują tę chorobę: „Przeniesiony zespół Münchausena (Münchausen syndrome by Proxy – MSBP) jest zaburzeniem psychicznym, potencjalnie letalną formą maltretowania dzieci (Friedman, Resnick 2007) lub innych, również dorosłych, pozostających pod opieką osoby z opisywanym zespołem. Patologiczna relacja emocjonalna wiąże najczęściej cierpiącą na MSBP biologiczną matkę i jej dziecko – ofiarę MSBP. Pozornie opiekuńcza i kochająca matka w rzeczywistości nie akceptuje swojego dziecka. Odczuwa wewnętrzną potrzebę postrzegania go przez innych jako osobę dotkniętą chorobą. Zainteresowanie i współczucie należne rodzinom prawdziwie chorych dzieci stanowi dla niej rodzaj nagrody psychologicznej. Matka wyzwala u ofiary objawy chorobowe, np. poprzez podawanie trucizny, głodzenie, wywoływanie infekcji, duszenie do utraty przytomności, a w łagodniejszych postaciach MSBP – opowiadanie lekarzowi wymyślonych objawów choroby lub fabrykowanie nieprawidłowych wyników badań”. Zatem posądzenie kogoś o podobne zaburzenie wiąże się z nieodwracalnymi konsekwencjami.
Początek kłopotów rodziny Schijfów to zatwardzenie u małej Olivii, a potem zdiagnozowany syndrom MSBP u jej matki Nicole. Fot. archiwum rodzinne
Chorobę jako pierwszy opisał angielski pediatra Roy Meadow w 1977 r. On też wykreował określenie MSBP. Ale to właśnie w Anglii zaczęto ponownie badać blisko 260 zdiagnozowanych wcześniej przypadków syndromu. I okazało się, że założenia Meadowa były błędne. Na podstawie m. in. jego orzeczeń niewinnym matkom odebrano dzieci i trafiły one do więzienia, czasami z długoletnimi wyrokami. Kobiety zostały uniewinnione, ale ich więź z dzieckiem często została bezpowrotnie zerwana.

Niemiecka socjolog, dr Bernadette Jonda w swojej pracy „Granice instytucjonalnej interwencji wobec syndromu zastępczego zespołu Munchausena w Niemczech – prezentacja przypadków”, opublikowanej 10 lat temu, opisała wstrząsające historie dzieci i ich matek, którym przypisano poważne zaburzenia osobowości. Przyznała jednocześnie, że „zdiagnozowanie u rodzica MSBP w Niemczech należy do najskuteczniejszych »metod« odebrania dziecka z rodziny”. Jak zaznaczyła, w jednym ze znanych jej przypadków wystarczył anonimowy telefon do kliniki, w której matka była ze swoim chorym dzieckiem, by skierować uwagę lekarzy na MSBP. „Diagnozę »potwierdził« lekarz z innej kliniki, który na oczy nie widział ani matki, ani dziecka. Mimo to jego pisemna wypowiedź miała charakter ekspertyzy w rozprawie sądowej”.
        ODWIEDŹ I POLUB NAS     Kolejne przytaczane przez socjolog przypadki są równie wstrząsające, ale badaczka zauważa wspólny mechanizm. „Sytuacja, w której następuje rozłąka dziecka z matką, jest w większości wypadków podobna: chorujące dziecko, niepewna diagnoza albo jej brak, zrozpaczona matka pełna lęku o życie dziecka i nadziei, że opiekujący się nim lekarz znajdzie drogę ratunku. Lecz ów lekarz (albo pracownik z urzędu do spraw młodzieży) pewnego dnia informuje, że zgodnie z przyspieszonym wyrokiem sądu matka natychmiastowo zostaje pozbawiona prawa do dalszego kontaktu z dzieckiem bez względu na to, czy jest ono jeszcze karmione piersią, czy też nie”.

Syndrom może być „zdiagnozowany” zarówno u matek niemowląt, jak i starszych dzieci. Blisko 20 lat temu Niemcy mogli przeczytać o 9-letnim Aeneasie, który bez żadnego ostrzeżenia został zabrany z domu. Jego matkę umieszczono w zakładzie psychiatrycznym z diagnozą MSBP. Kobieta miała symulować własną chorobę, a zarazem poddawać dziecko zbędnym zabiegom medycznym. Matka przekonywała, że po ukąszeniu kleszcza nabawiła się boreliozy z licznymi powikłaniami. Na jej tłumaczenia żadna instytucja nie zwracała uwagi, a oficjalną dokumentację medyczną ignorowano.

Jak Francja wykradła dzieci Reunionu. „Mają nie być zbyt czarne”

Niektóre matki traciły córki i synów jedynie dlatego, że paliły papierosy.

zobacz więcej
Jej syn zaraził się tą samą chorobą jeszcze w łonie matki i cierpiał na szereg schorzeń, których nie udawało się łatwo uleczyć. Innego zdania była jednak nauczycielka w szkole, która uznała chłopca za symulanta. Gdy jego mama zażądała dla niego większej uwagi, władze szkolne zaalarmowały Jugendamt (urząd ds. młodzieży), a ten wiedział już, co robić. Nie odpuścił nawet, gdy kobieta została oczyszczona ze wszystkich zarzutów. Pozwolił jej jedynie na kontakt listowny z synem, i to raz w miesiącu. Ostatecznie Aeneas nigdy nie wrócił do domu, a matka zmarła na chorobę, którą zdaniem urzędu miała udawać.

Syndrom urzędów

Rodzice nagłaśniający podobne sprawy w mediach wpadają w pułapkę. Z jednej strony zyskują poparcie widzów i czytelników i wywierają presję na urzędach opieki socjalnej, z drugiej zaś potwierdzają diagnozę, gdyż ich zachowanie jest interpretowane jako chęć bycia w centrum uwagi. A to jest jeden z ważnych symptomów syndromu.

Dr Jonda pokazuje też sposób rozumowania organizacji typu Jugendamt i wspierających je ludzi. Rodzice walczący o powrót swoich dzieci do domów, niejednokrotnie spotykają się z uwagą, że nie powinni się przejmować, gdzie przebywają ich pociechy. „Ważne, że są zdrowe”.

Oczywiście twierdzenie, że podobne organizacje stosują wyłącznie przerażające praktyki, a wszyscy lekarze to nieuki, jest nieuprawnione. Niemiecki Jugendamt, norweski Barnevernet czy holenderski Veilg Thuis są równie często krytykowane za opieszałość, zwłaszcza gdy nagłośnione zostają przypadki rzeczywistego pastwienia się nad dziećmi. Ma to przecież miejsce również w Polsce. Gdyby polskie służby odpowiednio szybko zareagowały, może nie doszłoby do tragedii 8-letniego Kamilka z Częstochowy, zakatowanego przez ojczyma.

Niestety, od wielu lat słychać również o nadużywaniu władzy przez zachodnie organizacje społeczne podczas tropienia win wobec dzieci. Coraz częściej słyszy się o nadgorliwości urzędników podyktowanej nie tyle bezkompromisową troską o dobro dziecka, ile rutyną i lenistwem. Odebranie dziecka jest najprostszym rozwiązaniem, powód, choćby najbardziej kuriozalny, zawsze się znajdzie, a procedury, pozwalające dowolnie interpretować lub ignorować dokumentację medyczną, a nawet wyroki sądowe, zapewniają nieograniczoną bezkarność. W końcu „co się martwisz, gdzie jest twoje dziecko, grunt, żeby było zdrowe”.

Poza tym za każdym dzieckiem idą pieniądze. Dla wielu to podstawowa przyczyna napędzająca ten „biznes”. Według Wojciecha Pomorskiego, założyciela Polskiego Stowarzyszenia Rodzice przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech, już 10 lat temu Jugendamty „otrzymywały miesięcznie na opiekę nad jednym dzieckiem średnio 6-10 tys. euro”.

W Polsce, jak przyznają uciekinierzy z Holandii, jest jeszcze normalnie, bo „tutaj nie stawia się bezdusznych przepisów ponad ludzi”.

Ale czy tak samo będzie w „Stanach Zjednoczonych Europy” , gdy przejmiemy część zwyczajów panujących w innych krajach Unii? Zarówno tych dobrych, jak i przerażających, gdy przeniesiony zespół Münchausena niejednokrotnie można przypisać właśnie instytucjom.

– Sławomir Cedzyński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Autor jest dziennikarzem portalu i.pl
SDP 2023
Zdjęcie główne: Początek roku szkolnego 2023-24 w szkole podstawowej w Maasdam w Holandii, 21 sierpnia 2023 r. Fot. JEFFREY GROENEWEG/EPA/PAP
Zobacz więcej
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Legendy o „cichych zabójcach”
Wyróżniający się snajperzy do końca życia są uwielbiani przez rodaków i otrzymują groźby śmierci.
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Pamiętny rok 2023: 1:0 dla dyktatur
Podczas gdy Ameryka i Europa były zajęte swoimi wewnętrznymi sprawami, dyktatury szykowały pole do przyszłych starć.
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Kasta, i wszystko jasne
Indyjczycy nie spoczną, dopóki nie poznają pozycji danej osoby na drabinie społecznej.
Cywilizacja wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Jak Kościół katolicki budował demokrację amerykańską
Tylko uniwersytety i szkoły prowadzone przez Kościół pozostały wierne duchowi i tradycji Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych.
Cywilizacja wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Budynki plomby to plaga polskich miast
Mieszkania w Polsce są jedynymi z najmniejszych w Europie.