Cywilizacja

Czy Putin wygrywa na Ukrainie?

W Moskwie restauracje są pełne, ceny nieruchomości rosną, rynek budowlany kwitnie, a elity, które przed rokiem były przekonane, że Putin jest na skraju upadku uznały, że wygrał i zostanie.

Świat zachodni jest zmęczony Ukrainą. Także Polska. Ekscytacja minęła. Rok 2022, rok inwazji, przyniósł najpierw wielką falę oburzenia na Rosjan i wielką falę współczucia dla Ukraińców. Z zapartym tchem śledziliśmy doniesienia z frontu, nie zwracając uwagi na to, że nie pokazują one prawdziwego obrazu. Liczyło się to, że dawały poczucie uczestnictwa. Ze ściśniętymi sercami witaliśmy ludzi uciekających przed wojną.

Świadomość tego, że wojna może dojść i do nas nigdy chyba nie była aż tak dojmująca. Z radością oglądaliśmy mapy pokazujące odwrót „Orków” z Charkowszczyzny i Chersońszczyzny. Cieszyliśmy się na kolejne sankcje i śmialiśmy się z filmików pokazujących, jak rosyjskie „mobiki” dostają zardzewiałe karabiny, a z magazynów wyciągane są czołgi zaprojektowane w połowie ubiegłego stulecia. Nawet Niemcy zamiast hełmów zaczęli wreszcie wysyłać prawdziwą broń.

Powszechna była opinia, że Władimir Putin się przeliczył, pomylił w rachubach, nie wziął pod uwagę woli oporu Ukrainy i zdecydowania Zachodu. Po takim roku, który zaczął się od wielkiej trwogi, a kończył ulgą i nadzieją, rok następny mógł być tylko lepszy.

Rosyjska czerwona linia

Tymczasem Putin kalkulował inaczej. Prowadził z Zachodem grę obliczoną nie na miesiące, ale na lata. Najpierw spowolnił napływ pomocy wojskowej, umiejętnie stosując groźby nuklearne. Zaczął inwazję od postawienia swoich wojsk atomowych w stan gotowości i spuścił ze smyczy propagandystów, którzy niezwiązani żadną odpowiedzialnością grozili światu zniszczeniem, rozwijając sentencję swojego wodza, że „po cóż ma istnieć świat, skoro nie będzie Rosji”.

Takie groźby mogli lekceważyć zwykli ludzie (chociaż zapewne budziły w nich lęk), mogli odrzucać komentatorzy, ale planiści i analitycy wojskowi musieli je brać poważnie pod uwagę. Dlatego dostawy sprzętu wojskowego dla ukraińskiej armii były miarkowane ostrożnością Białego Domu, aby nie przekroczyć rosyjskiej czerwonej linii.

Mało kto pewnie pamięta, bo takich rzeczy się pamiętać nie lubi, jak Polska została skarcona publicznie, gdy zgłosiła wiosną 2022 roku chęć dostawy samolotów MIG-29. Amerykanie brutalnie oznajmili wtedy, że ten pomysł nie był z nikim konsultowany, ale jeżeli Polacy chcą, to mogą na własną odpowiedzialność dostarczać to, co uważają. Przekaz był jasny: jeżeli Rosjanie was zaatakują, będzie to tylko wasza wina.

Stany Zjednoczone były wtedy na etapie dostaw ręcznych wyrzutni przeciwpancernych i przeciwlotniczych. Potem przyszły rakiety o zasięgu 80 km, armatohaubice, czołgi, transportery opancerzone, rakiety o zasięgu 300 km i wreszcie – ale dopiero po roku wojny – samoloty wielozadaniowe.

Mr Scholz goes to Washington

Czyli jak Niemcy pouczają Stany Zjednoczone.

zobacz więcej
Czołgi stały się zresztą przedmiotem swoistego targu między Waszyngtonem a Berlinem, gdy kanclerz Olaf Scholz, naciskany przez opinię publiczną, aby wysłać na Ukrainę leopardy, stwierdził, że jego kraj dostarczy nowoczesne czołgi wtedy, gdy podobne czołgi dostarczy Ameryka. Wolno sądzić, że było to spowodowane tyleż chęcią budowania prestiżu Niemiec, których równorzędnym partnerem może być w mniemaniu berlińskich elit tylko główne mocarstwo NATO, ile obawą przed tym, aby Rosja nie zrealizowała swoich gróźb i nie zaatakowała ich kraju. Polacy mogli sobie nieodpowiedzialnie dostarczać 300 czołgów i proponować dostawę samolotów, ale oni są przecież romantykami. Podobna kalkulacja stoi zapewne obecnie za nadal aktualną niezgodą kanclerza Scholza na dostawę rakiet Taurus, które mogłyby być bronią zdolną do zniszczenia mostu Kerczeńskiego na Krym.

W ten sposób dostawy nowoczesnej broni były w pewnym sensie „uzgadniane” z Kremlem, a tę stopniowość pomocy Rosjanie wykorzystywali do poprawiania swojej pozycji militarnej: budowania umocnień, zmian organizacyjnych i technologicznych w wojsku, szkolenia poborowych.

Granicą, której trzymały się zarówno ostrożne Niemcy, jak i potężna Ameryka było nieatakowanie terytorium Rosji, bo atak na Rosję jest dla niej w sensie doktrynalnym powodem do użycia broni jądrowej.

Uwaga na marginesie: postawa Scholza w kwestii dostaw taurusów może wskazywać na to, że niemiecki kanclerz uznał de facto Krym za terytorium rosyjskie, co może być pewnym otwarciem dla budowy dobrych stosunków z Putinem, gdy to już będzie politycznie możliwe.

Nieudana ukraińska ofensywa

Wszystkie te czynniki, w połączeniu z brakami w wyszkoleniu żołnierzy ukraińskich, przyczyniły się do tego, że w rok 2023, rok nadziei dla wszystkich tych, którzy liczyli na kontynuowanie sukcesów roku poprzedniego, Rosja weszła poważnie wzmocniona, a Ukraina osłabiona, choć na pierwszy rzut oka wydawało się, że było odwrotnie.

Poważnym sygnałem ostrzegawczym było zdobycie Bachmutu. Okupione potwornymi stratami, które oceniane są na 50 tysięcy zabitych, i dokonane przez kryminalistów pozwalnianych z więzień za obietnicę wolności, którą mieli sobie wyrąbać walką. Pokazało ono w całej okazałości barbarzyństwo Rosji i jej pogardę dla życia. Cóż z tego, skoro barbarzyńcy zwyciężyli.

Przy okazji pojawiło się w przestrzeni publicznej pojęcie „wojny materiałowej”, bo intensywność ostrzału artyleryjskiego, jaką zastosowali w Bachmucie Rosjanie, przekroczyła wszelkie oczekiwania. Na Zachodzie zaczęto publicznie zadawać pytania, czy aby jednak na prawdziwym froncie, gdy walczą wojska o porównywalnym statusie, masa nie góruje nad precyzją. I czy wobec tego nie należałoby znowu budować składów amunicji w podobnej skali, jak w czasach Zimnej Wojny.
Czy na froncie mamy do czynienia z klinczem, który może potrwać przez lata? Na zdjęciu ukraińscy żołnierze z 80. Brygady Desantowo-Szturmowej walczący w obwodzie donieckim. Fot. Diego Herrera Carcedo / Anadolu/AA/ABACA / Abaca Press / Forum
Rosjanie tymczasem załatwiali sobie potrzeby ilościowe, wchodząc w paragon z Koreą Północną, a można przypuszczać, że pośrednio z Chinami. Potem przyszła oczekiwana wiele miesięcy ukraińska ofensywa letnia, której obserwatorzy długo nie chcieli uznać za nieudaną, ale wreszcie musieli to zrobić. W efekcie, jak zauważyli kostycznie dwaj amerykańscy wpływowi analitycy, Richard Haas i Charles Kupchan w artykule, do którego jeszcze przyjdzie powrócić, rok 2023 kończy się bilansem strat terytorialnych dla Ukrainy: Rosjanie więcej zdobyli niż stracili. A przecież miało być odwrotnie.

Jednocześnie Rosja okazała się nadspodziewanie odporna na zachodnie sankcje gospodarcze. Ropa sprzedawana jest bez większych kłopotów do Chin i Indii, zaś gaz ląduje po staremu w Europie jako towar pochodzący od któregoś z państw Azji Środkowej lub Turcji. Z kolei towary wysokich technologii niezbędne do wytwarzania nowoczesnych systemów rakietowych są kupowane znowu przez pośredników, a kraje sprzedające albo nie chcą temu zapobiec, albo nie potrafią.

Nieskuteczne sankcje

Polityków zachodnich interesuje tylko wprowadzenie kolejnego pakietu sankcji, bo wtedy można w świetle reflektorów i błyskających fleszy powiedzieć do kamer, jak bardzo mobilizują się światowe demokracje, aby odeprzeć zamach Putina na suwerenność sąsiedniego kraju. Mniej interesuje ich to, że narzędzia do wprowadzania sankcji w życie są mocno niedoskonałe i w ostatecznym rachunku konkretne decyzje lądują na biurkach urzędników w bankach, którzy nie mają wielkiego pojęcia o tym, co jest niezbędne do produkcji rakiet.

Dlatego definitywnie skończył się czas, gdy Rosjanie instalowali w swoich pociskach procesory z pralek i zmywarek. Produkcja rakiet balistycznych dalekiego zasięgu jest prowadzona w sposób niezakłócony. Sankcje doprowadziły co prawda do spektakularnego wycofania się z Rosji Mc Donalda, ale nie wyrządziły spodziewanej szkody jej produkcji wojskowej. W dodatku Putin postawił gospodarkę na stopie wojennej, przeznaczając 30% w przyszłorocznym budżecie na cele wojskowe, ale nie spowodowało to najmniejszego nawet niezadowolenia społecznego, a rosyjska gospodarka zamiast spaść wzrośnie pod koniec roku o ponad 2%.

Wojna wojną, a zarabiać na ropie i gazie trzeba. Rosyjsko-ukraińskie interesy kwitną

Paliwa z Rosji nadal zasilają ukraińską gospodarkę i napędzają ukraińskie czołgi.

zobacz więcej
Nawet spektakularne sankcje na oligarchów, które były stosunkowo najłatwiejsze do wyegzekwowania, doprowadziły do tego, że ich pieniądze zostały zainwestowane w kraju. Ocenia się, że od początku wojny wróciło w ten sposób do Rosji około 50 mld dolarów. Co ciekawe, w dużej mierze pieniądze te weszły w turystykę, bo w czasie wakacji Rosjanie zaczęli podróżować po kraju i w związku z tym zaczęło się opłacać budowanie ośrodków w Ałtaju czy Karelii.

Można o tym przeczytać w gorzkim tekście rosyjskiego emigracyjnego dziennikarza, byłego szefa opozycyjnej stacji „Dożd” Michaiła Zygara, który zamieścił niedawno w dzienniku „Washington Post” felieton zatytułowany „Putin wygrywa”. Na podstawie danych ekonomicznych, ale także na podstawie swoich kontaktów w Rosji nakreślił on obraz dobrze radzącej sobie machiny państwowej, która walczy z wrogiem, używając biedaków, którym wydaje się, że dzięki wojnie poprawią swój los i daje bogatszym możliwość życia i użycia, o ile tylko nie będą protestować.

W Moskwie restauracje są pełne, ceny nieruchomości rosną, rynek budowlany kwitnie, a elity, które przed rokiem były przekonane, że Putin jest na skraju upadku uznały, że wygrał i zostanie, pisze Zygar. Co ciekawe, już następnego dnia po publikacji tekstu, redakcja zmieniła jego tytuł na mniej kontrowersyjny. Teza, że rosyjski dyktator może wygrać jest najwyraźniej nazbyt szokująca dla redakcji.

Powtórka z roku 1916?

Przekonanie o tym, że Putin nie wygrywa objawia się w formie dość nieoczekiwanej, a mianowicie w kształtującym się przekonaniu, że na froncie mamy obecnie do czynienia z klinczem, który może potrwać przez lata. Przyczynił się do tego dowódca sił zbrojnych Ukrainy, generał Wałerij Załużny swoim słynnym wywiadem dla brytyjskiego tygodnika „Economist”, w którym chciał wytłumaczyć fiasko letniej ofensywy. Postawił on tezę, że obie strony posiadają systemy wojskowe porównywalne pod względem zaawansowania technologicznego i podobnie jak w czasie I wojny światowej na froncie zachodnim, tak i teraz na Ukrainie nie są możliwe żadne poważne zmiany.

Z pozoru jest to teza bardzo atrakcyjna, bo istotnie, front na Zaporożu przesunął się w trakcie intensywnych działań wojennych o zaledwie kilka kilometrów, co bardzo przypomina stan wojny w północnej Francji z roku 1916. Teza ta też pozwala na stwierdzenie, że Putin co prawda nie przegrywa, ale też i nie wygrywa.

Przekonanie o długotrwałej stabilizacji frontu jest jednak zwodnicze, bo odwraca uwagę sojuszników od zasadniczego celu wojny. Więcej – pozwala im się skupić na innych problemach, bo skoro front się ustabilizował i wojska rosyjskie nie pójdą dalej na zachód, to można czuć się bezpiecznym. Można więc zająć się tym, co liberalne demokracje lubią ostatnio najbardziej: ratowaniem planety przy pomocy kosztownych przemian technologicznych, czyli ujmując rzecz w skrócie – wydawaniem gór pieniędzy na transformację gospodarki.
        ODWIEDŹ I POLUB NAS     Według analityków finansowych osiągnięcie wszystkich założonych celów klimatycznych będzie wymagało od Zachodu wydawania czterech trylionów dolarów rocznie w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Czterech trylionów po amerykańsku lub czterech bilionów po europejsku. To ogromne pieniądze. Można przypuszczać, że wielu decydentów postawionych w obliczu takiego wyzwania chętnie odłoży problemy związane z wojną na Ukrainie na półkę z napisem „Mniej pilne”. No, bo skoro front się ustabilizował i żołnierze siedzą w okopach, to wystarczy zająć się współpracą gospodarczą, stopniowym integrowaniem tej części kraju, która pozostaje pod władzą Kijowa ze strukturami Unii Europejskiej, a walką niechaj się zajmą wojskowi, którym nie należy przeszkadzać, ale też nie ma potrzeby, aby im zanadto pomagać. No, bo skoro front się ustabilizował...

Amerykański krzyż

Tak jednak nie jest i Putin może tę wojnę po prostu wygrać, o ile tylko zwiększy swoje zaangażowanie, a Zachód zmniejszy swoją pomoc wojskową. Taką tezę postawił były profesor West Point, Frederik Kagan, który zwrócił uwagę, że gdyby Ukraina została wyposażona w najnowocześniejsze amerykańskie systemy wojskowe, zwłaszcza te umożliwiające przezwyciężenie wpływu rosyjskich systemów walki radioelektronicznej, które sparaliżowały ukraińskie drony i ograniczyły znacznie celność precyzyjnych pocisków i rakiet, wówczas przełamanie frontu byłoby możliwe. Byłoby także możliwe – pisze Kagan – przełamanie frontu w drugą stronę i stałoby się tak, gdyby pomoc dla Ukrainy została ograniczona, a Rosja wzmogłaby swój wysiłek wojenny, zwłaszcza przeprowadzając bombardowania w stylu takich jakie wykonywała w Syrii w 2015 i 2016 roku. Takie przełamanie mogłoby w końcu doprowadzić do zrealizowania planu Putina z roku 2022 i rosyjskie wojska mogłyby stanąć na naszej wschodniej granicy, grożąc atakiem jądrowym, gdyby tylko NATO chciało przyjść z pomocą.
Moskwa. Na przystanku autobusowym plakat zachęcający do wstąpienia do wojska. Od początku 2023 roku do rosyjskiej armii wstąpiło ponad 350 tysięcy ludzi. Fot. YURI KOCHETKOV/EPA/PAP
Wiele wskazuje na to, że lokator Kremla czeka na podwójne wybory prezydenckie, które odbędą w się w 2024 roku: w Rosji i w Stanach Zjednoczonych. Oczywiście nikt nie spodziewa się, aby ktokolwiek mógł Władimirowi Władimirowiczowi zagrozić w reelekcji, jednak dokonywanie gwałtownych ruchów przed wyborami byłoby niepotrzebnym ryzykiem. A takim gwałtownym ruchem mogłaby być kolejna mobilizacja, potrzebna do tego, aby zalać Ukrainę wojskiem. Czy stałoby się to jeszcze w roku 2024, czy może w roku następnym to zależałoby zapewne od wojskowych i od pogody. Wydaje się, że rok 2025 byłby bardziej prawdopodobny, bo szkolenie „mobików” zajmuje czas. A poza tym w tym roku znany będzie już rezultat wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Co więcej, nie tylko ich rezultat, ale i skutki polityczne.

Gdyby te wybory miały się odbyć teraz, wygrałby je zapewne Donald Trump. Powszechnie oczekuje się, że zastopowałby on pomoc wojskową dla Ukrainy. Czy stałoby się tak w istocie, trudno przewidzieć, bo politycy nie zawsze robią to, co zapowiadają. Bardzo możliwe jednak, że zechciałby on zrealizować swój słynny plan zakończenia wojny na Ukrainie „w ciągu 24 godzin”. Przypuszczalnie polegałby on na ułożeniu się z Putinem co do granic Ukrainy i Rosji, a być może także co do składu ukraińskiego rządu i przedstawienie tego „planu pokojowego” do realizacji Ukraińcom z szantażem, że jeżeli tego nie przyjmą, to pomoc wojskowa zostanie zatrzymana i Rosja wygra na polu walki, a oni stracą swoją państwowość.

Bardzo możliwe, że taki scenariusz mieli w tyle głowy dwaj wspomniani wcześniej analitycy, Haas i Kupchan, którzy opublikowali w Foreign Affairs tekst pod tytułem „Redefinicja sukcesu na Ukrainie”. Do tej pory tym, co było dla Ameryki sukcesem w tej wojnie decydowały słowa Joe Bidena, że Stany Zjednoczone będą z Ukrainą „tak długo, jak trzeba” i to Ukraina sama zadecyduje o tym, jak i na jakich warunkach zakończyć wojnę.

Redefinicja tego „sukcesu” według Haasa i Kupchana miałaby polegać na zmuszeniu Kijowa do rozpoczęcia negocjacji z Moskwą, a w wymiarze wojskowym na porzuceniu kosztownych w ludziach, sprzęcie i amunicji prób ofensywnych i przejściu do obrony.

Oczywiście więcej niż pewne jest, że Putin nie zechce negocjować, a nawet jeżeli, to postawi warunki polegające w gruncie rzeczy na kapitulacji Ukrainy. Autorzy tekstu brali to rzecz jasna pod uwagę i uznawali, że samo przejście do obrony, solidne okopanie się i zmuszenie Rosjan do kosztownego zdobywania fortyfikacji będzie już krokiem naprzód, bo wstrzyma wykrwawianie się kraju. Troska o życie i zdrowie ukraińskich żołnierzy, zapewne autentyczna, szła jednak raczej w parze z troską o amerykański budżet wojskowy, który zdaniem wielu specjalistów powinien zostać znacznie zwiększony, ale skierowany na zwiększanie amerykańskich zdolności militarnych, a nie ukraińskich.

Poważnym argumentem, używanym zresztą nie tylko przez autorów tego artykułu, jest wybuch wojny Izraela z Hamasem, która w każdej chwili może przekształcić się w wojnę regionalną, jeśli Izrael zdecyduje się zaatakować w obronie Iran lub Jemen, albo popierany przez ajatollachów Hezbollah uderzy z Libanu. Wojna na Bliskim Wschodzie w połączeniu z wojną na Ukrainie to dwa poważne konflikty wymagające zaangażowania Stanów Zjednoczonych, w tym pierwszym przypadku zaangażowania bezpośredniego.

Co by było, gdyby jednocześnie z eskalacją w Izraelu przewodniczący Xi zechciał odzyskać Tajwan? Ameryka mogłaby przegrać, twierdzi Wess Mitchell, członek kierownictwa Departamentu Stanu w latach 2017-19. W swoim artykule w „Foreign Policy” Mitchell pisze o sojusznikach, że są „w większości niezdolni do obronienia się”, zaś Ameryka zadłuża się ponad miarę, finansując programy klimatyczne i społeczne, podczas gdy produkcja wojskowa wzrosła od wybuchu wojny na Ukrainie zaledwie o 10%. Jeżeli więc Stany Zjednoczone nie potraktują poważnie zagrożeń, wówczas mogą przegrać wojnę, której wybuch nie jest już tylko teoretyczną możliwością, ale jest całkiem realny.

Czy Amerykanie są już zmęczeni Ukrainą?

Joe Biden, choć pokazuje swą moc na zewnątrz, w USA jest bardzo słaby.

zobacz więcej
Wśród morza tekstów na temat Rosji, Ukrainy i wojny, jakie ukazują się ostatnio w anglojęzycznej przestrzeni medialnej, uwagę zwraca tytuł, jaki nadał swojemu artykułowi emerytowany amerykański generał, który dowodził między innymi w Iraku i Afganistanie, Stephen Twitty. Udowadniał, że broniąc Ukrainy Ameryka realizuje misję obrony Europy, zaczętą od ofiary życia złożonej przez dziesiątki tysięcy żołnierzy spoczywających na cmentarzach wojennych z lat 1944-45 na polach Francji, Belgii, Holandii, Niemiec, Włoch. Bardzo przytomnie wskazywał na to, że zarówno wyzwolenie Europy od okupacji niemieckiej, jak i jej późniejsza odbudowa były ogromną i bardzo opłacalną inwestycją, której porzucenie byłoby zarówno bezsensowne gospodarczo, jak i zdradą tych, którzy ponieśli tak wielkie ofiary. Tytuł, jaki zdecydował się Twitty nadać swojemu tekstowi brzmiał jednak zastanawiająco: „Ukraina: krzyż, jaki Stany Zjednoczone powinny dźwigać”.

Czy Ameryka po wyborach będzie chciała dźwigać ten krzyż? Jeżeli wygra Trump, wolno wątpić. Wtedy krzyż spadnie na barki tych, którzy będą bezpośrednio zagrożeni. W pierwszej kolejności na barki Polski. Warto o tym pamiętać, gdy trwają z Ukraińcami spory gospodarcze. Nie powinny one pójść zbyt daleko i zbyt głęboko. Bo nasza wspólnota losu może się objawić wcześniej niż sądzimy. Putin powoli realizuje swoją długofalową strategię. Jeszcze nie wygrywa. Jeszcze.

– Robert Bogdański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

SDP 2023
Zdjęcie główne: Walki o Bachmut pochłonęły tysiące ofiar. Na zdjęciu pogrzeb ukraińskiego żołnierza poległego w sierpniu. Zostawił żonę i dwoje dzieci. Fot. Iva Zimova/Panos Pictures / Panos Pictures / Forum
Zobacz więcej
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Legendy o „cichych zabójcach”
Wyróżniający się snajperzy do końca życia są uwielbiani przez rodaków i otrzymują groźby śmierci.
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Pamiętny rok 2023: 1:0 dla dyktatur
Podczas gdy Ameryka i Europa były zajęte swoimi wewnętrznymi sprawami, dyktatury szykowały pole do przyszłych starć.
Cywilizacja wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Kasta, i wszystko jasne
Indyjczycy nie spoczną, dopóki nie poznają pozycji danej osoby na drabinie społecznej.
Cywilizacja wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Jak Kościół katolicki budował demokrację amerykańską
Tylko uniwersytety i szkoły prowadzone przez Kościół pozostały wierne duchowi i tradycji Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych.
Cywilizacja wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Budynki plomby to plaga polskich miast
Mieszkania w Polsce są jedynymi z najmniejszych w Europie.