Rozmowy

Beton w kolorze czerwonym

Określenia „chamy” i „żydy” były ogólnikowe. Chodziło bardziej o światopogląd, niż pochodzenie. Żeby było jasne: jedni i drudzy byli tak samo umoczeni w okres stalinowski – mówi Andrzej Brzeziecki, autor książki „Betonowy umysł. Historia twardogłowych towarzyszy z PZPR”.

TYGODNIK TVP: Zaryzykuję hipotezę, że tytuł pańskiej książki najbardziej pasuje do Kazimierza Mijala.

ANDRZEJ BRZEZIECKI:
Z pewnością był wyjątkowo zatwardziałym stalinistą. On akurat, jeśli idzie o teorię komunizmu, górował wiedzą nad wieloma późniejszymi przedstawicielami betonowego nurtu. Był jednak zupełnie odklejony od rzeczywistości i jego dogmatyzm zaprowadził go do stworzenia w Polsce nielegalnej partii komunistycznej, wydawania ulotek, wreszcie do ucieczki do Albanii, a potem Chińskiej Republiki Ludowej (konspiracyjną Komunistyczną Partię Polski założył w 1965 roku, a już w 1966 opuścił kraj – przy. red.).

Radykalizując się, utracił wpływ na Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą. Kiedyś był zaufanym Bolesława Bieruta, potem został dyrektorem jednego z banków, ale działalność konspiracyjna odpychała od niego większość komunistów. Zebrał jedynie grupkę podobnych sobie fanatyków. Zresztą jego zachowanie wyglądało lekko schizofrenicznie: do pracy w banku woził go rano kierowca w służbowym aucie, a po pracy Mijal pisał gdzieś cichcem broszurki wymierzone we Władysława Gomułkę. Jego albańsko-chińska przygoda wynikała z tego, że Chiny skonfliktowały się z Moskwą po śmierci Józefa Stalina. Chińczyków popierał reżim w Albanii, pomagający Mijalowi w drukowaniu ulotek. A gdy z Polski zbiegł, skądinąd na albańskim paszporcie, oddano mu do dyspozycji antenę. Radio Tirana stało się dla mijalowców czymś takim, jak Radio Wolna Europa dla antykomunistów. Z czasem jednak Mijal skonfliktował się z władzami Albanii i wyjechał do Państwa Środka. Do kraju wrócił po kryjomu w latach 80. Żył jeszcze długo w wolnej Polsce, ciągle śniąc o dyktaturze proletariatu.

Rozłamy wśród naszych komunistów w pierwszych latach Polski Ludowej wynikały z ich doświadczeń, że tak powiem, geograficznych?

Na podziały partyjne wpłynęły ich przeżycia z lat wojny, ale także pochodzenie. Ci, którzy przyszli do Polski wraz z Armią Czerwoną, uważali, że lepiej rozumieją komunizm. Przeszli przez wszystkie próby za Stalina – nieraz łącznie z więzieniem na Łubiance i łagrami. Czuli się sprawdzeni, zahartowani. Z przyczyn oczywistych było wśród nich sporo Żydów, bo ci żydowscy komuniści, którzy trafili pod niemiecką okupację, zginęli w obozach zagłady.

Bardziej Polak niż komunista – Gomułka w październiku ‘56

Jedyna w PRL radziecka interwencja zbrojna rozpoczęła się ćwierć wieku przed grudniem 1981 r.

zobacz więcej
Tymczasem garstka komunistów, działająca podczas wojny w Generalnym Gubernatorstwie miała przekonanie, że lepiej rozumie Polaków i wie, jak ich przekonać do komunizmu. Tacy jak Władysław Gomułka uważali, że automatyczne kopiowanie wzorców ze Związku Radzieckiego nad Wisłą się nie sprawdzi. Mieczysław Moczar miał z kolei poczucie, że to on narażał życie w partyzantce, kiedy inni siedzieli w Moskwie z dala od frontu, a teraz ze wsparciem Moskwy zgarniają całą władzę.

Wojenny zatarg Leona Kasmana z Moczarem rzutował dalekosiężnie?

Kasman był Żydem przybyłym z Moskwy i nie mógł się Moczarowi podobać. Został przerzucony na Lubelszczyznę, by zbadać sytuację w Polskiej Partii Robotniczej. Przypomnę, że w ciągu kilkunastu miesięcy zginęli w dziwnych okoliczności trzej przywódcy partii: Marceli Nowotko, Bolesław Mołojec i Paweł Finder. Dwaj pierwsi zostali zabici, najpewniej w porachunkach frakcyjnych, a trzeciego pojmali i zamordowali Niemcy. Moskwa miała podstawy uważać, że PPR jest zinfiltrowana, że działa w niej jakiś prowokator. Dlatego właśnie wysłano Kasmana – jego spotkanie z Moczarem skończyło się nienawiścią, która ciągnęła się przez następne dziesięciolecia. Nieprzypadkowo zawsze znajdowali się w walczących ze sobą koteriach.

Odchylenie prawicowe towarzysza „Wiesława” et consortes też wpisywało się w walki frakcyjne?

Sprawa Gomułki była raczej elementem szerszych procesów w partiach komunistycznych Europy Środkowej, kreowanych przez Stalina. Ten bowiem rozkręcał kolejną czystkę, a pretekstem do niej miał być między innymi spór z Jugosławią. Tamtejsi komuniści zdołali zachować niezależność od Kremla. Josip Broz Tito był takim samym zamordystą, jak inni komuniści, jedynie nie chciał się podporządkować Stalinowi. Ten nie zaryzykował wojny z Jugosławią, lecz postanowił zlikwidować wszystkich, których podejrzewał o chęć uniezależnienia się od niego. Akurat Gomułka, który wojnę spędził w Polsce i doceniał także inne partie polityczne, jak PPS, pasował do obrazu „polskiego Tity”. Jest taka anegdotka, że w czasie okupacji Gomułka ucieszył się, gdy ktoś napisał na murze kredą: „PPR - chuje”. Bo do tej pory pisano „PPR - Płatne Pachołki Rosji”. Lepiej więc było być chujem, byle polskim, niż sługusem Moskwy. Tego Stalin nie mógł tolerować. Gomułkę uwięziono, ale szczęśliwie dla niego nie wytoczono mu procesu pokazowego i nie skazano na śmierć, jak działo się na Węgrzech, w Bułgarii, Czechosłowacji i Rumunii.

Skąd pochodzą terminy „natolińczycy” i „puławianie”?

Od miejsc, w których spotykali się liderzy partyjnych frakcji. Natolin to pałacyk w Warszawie, natomiast „puławianie” wzięli swą nazwę od ulicy Puławskiej, przy której stała kamienica zamieszkana przez cześć zwolenników liberalizacji. Oczywiście obie nazwy są dość umowne, a wielu ówczesnych polityków PZPR wręcz negowała istnienie obydwu stronnictw.

Należących do nich zdefiniował Witold Jedlicki w głośnym tekście zamieszczonych na łamach „Kultury”.

Wyjechał do Izraela i opisał walkę frakcji w Komitecie Centralnym PZPR

Pokazywał niegodziwość obu stron, z tezą, że w naszym interesie jest wewnętrzny spór w partii, bowiem wytraca ona siły, które byłyby skierowane przeciwko nam wszystkim – narodowi polskiemu.

zobacz więcej
Określenia „chamy” i „żydy” krążyły wówczas po Warszawie wśród członków partii. Były ogólnikowe, więc nie musiały być precyzyjne. Chodziło bardziej o światopogląd, a nie pochodzenie. Żeby było jasne: „chamy” i „żydy” byli tak samo umoczeni w okres stalinowski. W UB było wielu Polaków, którzy równie brutalnie niszczyli polskie podziemie, jak żydowscy funkcjonariusze UB. Z kolei liberalizm u „puławian” był całkiem świeżej daty, wcześniej budowali państwo totalitarne. Po prostu jedni próbowali ucieczki do przodu lansując hasła narodowe i antysemickie, drudzy hasła demokratyzacji i poszerzenia swobód – zwłaszcza w dziedzinie kultury, nauki i mediów. Wydaje się, że w obu przypadkach spora część towarzyszy szczerze utożsamiała się z hasłami propagowanymi przez siebie. Nurty liberalny i narodowy istniały w Polsce już wcześniej. Komuniści jedynie w nie „wskoczyli”.

Dlaczego „puławianie” beneficjentami października ’56 byli ledwie kilka lat?

Sądzili, że był on początkiem zmian, tymczasem Gomułka uważał, że właśnie je kończył. Po objęciu władzy usiłował uspokoić partię i zmusić społeczeństwo do pracy. Przecież już na słynnym wiecu, który zgromadził setki tysięcy warszawiaków mówił, że już dość manifestacji, a Polacy dopiero się rozkręcali. Także „puławianie” liczyli, że zmiany będą postępowały. Gomułka to odrzucał, toteż zwrócił się w kierunku Natolina, a także Moczara – ci towarzysze bynajmniej nie chcieli dalszej demokratyzacji i pod tym względem wydawali się pewniejszymi partnerami od „puławian”. Towarzysz „Wiesław” jednak, jak każdy polityk u władzy, musiał dbać o równowagę. Odsuwał więc „puławian”, ale „natolińczykom”, przy wsparciu samego Nikity Chruszczowa, dał w 1959 r. jasno do zrozumienia, że muszą mu się podporządkować. „Puławianie” stracili na znaczeniu w latach 60. XX w., niemniej liberalne skrzydło w PZPR nie zostało zniszczone. Zostawiono je, bo mogło się jeszcze kiedyś przydać.

Sądziłem, że „natolińczycy” przekazali schedę partyzantom, tymczasem pan dowodzi, iż zawarli sojusz przypieczętowany krwią Henryka Hollanda…

Natolin w latach 60. XX. to już byli „dziadersi”, Moczar wyciągał rękę do wielu z nich, licząc na wsparcie. Holland, któremu blisko było do środowiska „puławian”, nie był lubiany przez „natolińczyków”, ale jego śmierć miała miejsce, gdy wiceministrem spraw wewnętrznych nadzorującym tajne służby był właśnie Moczar. Holland zginął wypadłszy przez okno swego mieszkania w Warszawie przy ulicy Nowotki (dziś Andersa), podczas rewizji Służby Bezpieczeństwa. Wtedy przypuszczano, że został zabity, choć raczej popełnił samobójstwo. Podejrzewano go o przekazywanie informacji zachodnim dziennikarzom (o treści przemówienia Nikity Chruszczowa na XXII Zjeździe KPZR, w którym poddano krytyce stalinowską politykę – red.).

Dla „puławian” śmierć Hollanda stanowiła sygnał do podjęcia walki z twardogłowymi. Tyle, że ci już byli blisko Gomułki i Moczara, któremu pierwszy sekretarz ufał. Na pogrzeb Hollanda przyszło wielu „puławian”. Podjudzony przez Moczara, Gomułka uznał tę uroczystość za demonstrację wymierzoną w niego. Stąd już było tylko krok do ostatecznego rozprawienia się z „puławianami”. Stracili wpływ na władzę, lecz nadal funkcjonowali na obrzeżach polityki. Niektórzy potem wspierali opozycję antykomunistyczną.
Spotkanie Mieczysława Moczara (3P) z delegacją kombatantów, 1966 rok. Fot. PAP/Zbigniew Matuszewski
Jak to się stało, że Moczar zaskarbił sobie sympatię niemałej części kombatantów?

Rozumiał, że na samych zwolennikach komunizmu popularności nie zdobędzie. Postawił na ludzi o światopoglądzie narodowym. Ostatecznie Polska pojałtańska dla wielu endeków była całkiem ok. Granice oparte o Odrę, kraj właściwie bez mniejszości narodowych, władza silnej ręki…

Używając wpływów w Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, zaczął kusić byłych AK-owców. Przekaz był jasny: szeregowi akowcy są w porządku, możemy się zatem dogadać. Temu służyły liczne imprezy z udziałem kombatantów. W swych wspomnieniach Moczar ciepło pisał o partyzantach z AK, krytykując jedynie ich dowództwo. Dowartościował te środowiska, za Bieruta bezwzględnie tępione. Wielu ludziom to musiało się podobać. Moczara wsparł choćby pułkownik Jan Mazurkiewicz „Radosław”. Inni jednak zachowali dystans i uważali spoufalanie się z „Mietkiem” za dyshonor. Wszak, gdy zaraz po wojnie kierował Urzędem Bezpieczeństwa w Łodzi, niszczył Żołnierzy Niezłomnych. W partyzantach sojusznika widział także Bolesław Piasecki – lider przedwojennej skrajnej prawicy, a po wojnie Stowarzyszenia PAX, zrzeszającego katolików próbujących współdziałać z komunistami.

Demaskuje pan mit puczu na szczycie władzy, przygotowywanego jakoby w Olsztynie w 1971 roku.

Bo faktycznie takowego nie było. To raczej Edward Gierek uznał, że czas już przesunąć Moczara na boczny tor. Po prawdzie z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych usunął go już Gomułka po marcu 1968 roku, ale Moczar wciąż był silny, albo za takiego uchodził. Jego postać budziła grozę przez całą poprzednią dekadę. Tow. „Sztygar” uznał, że już wystarczy. Był wtedy u szczytu popularności, więc nikt nie mógł mu się sprzeciwić. Moczar wypoczywał w Łańsku, ośrodku rządowym na Mazurach i akurat zaproszono go do Olsztyna. Niespodziewanie zjawił się tam też sam Gierek, który bawił w Czechosłowacji na zjeździe tamtejszej partii komunistycznej. Jednocześnie w MSW „wykryto” aferę finansową jeszcze z czasów, gdy resortem kierował Moczar. Uderzono w ludzi bliskich „Mietkowi”. Gierek miał pretekst, by usunąć go z Biura Politycznego. Plotki o rzekomym puczu w Olsztynie, który udało się zablokować, tylko pogarszały pozycję Moczara. Odesłano go do NIK, czego potem żałowano, ponieważ tam się okopał i kąsał władzę jeszcze wiele lat.

Kto, kiedy i do kogo napisał „list 2000”?

Powstał pod koniec roku 1976 z inicjatywy przedstawicieli partyjnego „betonu”. Gierek dając ludziom coca-colę, małego fiata i kolorową telewizję, a z drugiej strony odwołując się do pojęcia wspólnoty narodowej, zyskał taką popularność, że narodowi komuniści, którzy w poprzedniej dekadzie brali udział w antysemickiej hecy, nie bardzo mieli czym go przebić.

Kapitalizm w stylu Gierka, czyli coca-cola w PRL

Prof. Eisler: Jednak trzeba było w Polsce zmienić ustrój, żeby rozwiązać problem papieru toaletowego.

zobacz więcej
Dopiero kryzys związany z czerwcem 1976 r. tchnął wiatr w ich żagle. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że to opozycja demokratyczna zbierała podpisy pod listami otwartymi, tymczasem i po drugiej stronie politycznej barykady takie praktyki się zdarzały. „List 2000”, którego pomysłodawcą był m.in. Ryszard Gontarz, czołowy propagandzista w r. 1968, wyrażał niby sprzeciw wobec istnienia Komitetu Obrony Robotników, lecz de facto atakował ekipę Gierka, co ten zresztą doskonale wiedział. Twardogłowi rzekomo martwili się powstaniem opozycji demokratycznej, ale tym samym wskazywali na Gierka jako winnego pojawienia się KOR-u i tolerowania go. Nadawcy „Listu 2000” w okresie Solidarności w znaczniej mierze zasilili Zjednoczenie Patriotyczne Grunwald.

Personalia dogmatyków w czasów późnego Peerelu brzmią dziś anonimowo.

Wtedy twarzami władzy byli przede wszystkim generałowie Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak i Florian Siwicki. PZPR w stanie wojennym zepchnięto na dalszy plan. Złość Polaków skupiał na sobie rzecznik rządu Jerzy Urban, który nawet nie był w partii. Jego cyniczne wypowiedzi dla mediów sprawiały, że zyskał miano szubrawca. Dogmatycy mieli wpływy w strukturach partii, ale Jaruzelski dość konsekwentnie się ich pozbywał, co nazywało się „rozprowadzaniem”. Niektórych „awansował”, co często oznaczało wysłanie do rządu albo do dyplomacji. Taki właśnie los spotkał choćby Albina Siwaka, który uchodząc za głos robotników, krytykował posunięcia władz partyjnych.

Ten autor wspomnień pt. „Od łopaty do dyplomaty” wygrywa silnie obsadzoną konkurencję na najgłupszego dygnitarza Polski Ludowej?

Nie jestem pewien, czy „najgłupszy”, to najlepsze słowo – wszak miał on jakiś zmysł polityczny, skoro zaszedł aż do Biura Politycznego. To prawda, że jego język był dość prosty, a formułowane tezy wręcz prostackie. Zarazem potrafił słowami wyrazić jakieś odczucia i tęsknoty części działaczy partyjnych. Kreował się poniekąd na anty-Wałęsę i robił to chyba skutecznie. Prezentował się jako zwykły robotnik, choć stał się partyjnym notablem.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
Betonowymi umysłami dysponowały także towarzyszki partyjne?

Niestety z punktu widzenia marketingowego, gdy dziś modne są historie kobiet, beton partyjny sprawia zawód. Pań w ogóle na szczytach władzy PRL mieliśmy niewiele, a pośród zwolenników twardogłowych było ich jeszcze mniej. O ile przed 1956 r. eksponowano je w różnych sferach życia publicznego, to później odgórnej promocji zaniechano. Jeżeli się trafiały, to raczej w rolach dyspozycyjnych publicystek, które na łamach prasy atakowały liberalną inteligencję, względnie buntowniczych studentów.

Alfred Miodowicz to ostatni twardogłowy epoki słusznie minionej?

Kłopot w tym, że już od 13 grudnia 1981 r. partyjny beton znajdował się na straconej pozycji. Zupełnie stracił swą moc, kiedy w Moskwie do władzy doszedł Michaił Gorbaczow. Ale to nie znaczy, że zachowawczy nurt w partii zanikł. Dość trafnie opisywał to Urban. Według niego przeciętny sekretarz wojewódzki wcale nie uważał się za beton, on nawet chciałby, aby coś się zmieniło na lepsze, byle nie jego kosztem. Każda innowacja jednak musiała oznaczać osłabienie aparatu partii, dlatego ci terenowi prominenci im się sprzeciwiali – zwłaszcza rozmowom z opozycją. Tym samym nieświadomie stawali się „betonem”, choć z pewnością mało który szef wojewódzkiego komitetu partyjnego w latach 80. XX w. kiedykolwiek czytał „Kapitał” Marksa, dzieła Engelsa, czy Lenina.

Miodowicz nie był twardzielem pokroju Moczara. Przeciwstawiał się rozmowom z opozycją, aby nie dopuścić Solidarności do władzy. On pierwszy mówił, że Okrągły Stół to porozumienie elit – partii i opozycji – ponad głowami zwykłych ludzi.

– rozmawiał Tomasz Zbigniew Zapert

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Andrzej Brzeziecki – pisarz i publicysta, absolwent Wydziału Historycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor książek m.in: „Białoruś. Kartofle i dżinsy”, „Armenia. Karawany śmierci”, „Łukaszenka. Niedoszły car Rosji” (wszystkie razem z Małgorzatą Nocuń) oraz „Czerniawski. Polak, który oszukał Hitlera”, „Wielka gra majora Żychonia”, „ Ostróda’46. Jak Polacy Sowietów gromili” i najnowszej „Betonowy umysł. Historia twardogłowych towarzyszy z PZPR”.
SDP2023
Zdjęcie główne: „Beton” – ortodoksi, zamordyści, jądro PZPR. Wśród polskich komunistów zawsze byli ludzie, dla których nawet Gomułka był liberałem i sługusem kapitalistów. Na zdjęciu pomnik Włodzimierza Ilicza Lenina autorstwa Mariana Koniecznego, odsłonięty w 1973 roku w krakowskiej dzielnicy Nowa Huta. W tle na budynku propagandowy plakat „Partia” Włodzimierza Zakrzewskiego z 1955 r. Fot. PAP/Jakub Grelowski
Zobacz więcej
Rozmowy wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Zarzucał Polakom, że miast dobić wroga, są mu w stanie przebaczyć
On nie ryzykował, tylko kalkulował. Nie kapitulował, choć ponosił klęski.
Rozmowy wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
W większości kultur rok zaczynał się na wiosnę
Tradycji chrześcijańskiej świat zawdzięcza system tygodniowy i dzień święty co siedem dni.
Rozmowy wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Japończycy świętują Wigilię jak walentynki
Znają dobrze i lubią jedną polską kolędę: „Lulajże Jezuniu”.
Rozmowy wydanie 8.12.2023 – 15.12.2023
Człowiek cienia: Wystarcza mi stać pod Mount Everestem i patrzeć
Czy mój krzyk zostanie wysłuchany? – pyta Janusz Kukuła, dyrektor Teatru Polskiego Radia.
Rozmowy wydanie 8.12.2023 – 15.12.2023
Pół świata podobnie nazywa matki, ojców, liczebniki i nie tylko
Czy istniał jeden prajęzyk nas wszystkich, jak jeden praojciec Adam?