Historia

A lato w Sopocie było tak piękne, upalne i spokojne, morze kojąco szumiało… Pamiętniki z I wojny światowej

„Ale, jeśli wojna swoją drogą wybuchnie, to jak panowie myślą – pytamy ciekawie – co będzie?” „Co będzie? – wesoło podchwytuje młody adwokat, oficer rezerwy – Za 10 dni będziemy w Warszawie”. I znowu mi smutno. Ten młody Polak z takim spokojem, a nawet wesołością mówiący o tem, że będzie musiał włożyć na siebie nienawistny mundur pruski i w tym mundurze wejść do Warszawy, jest taki straszny w swej polskiej tragedii – może najstraszniejszej od wieku...

Wspomnienia Marii Walewskiej [Maryli Kuźnickiej] przepisała jej wnuczka Inka Słodkowska, w której posiadaniu znajdują się pamiętniki babki.

W połowie lipca 1914 roku autorka wspomnień – wówczas studentka rolnictwa na Uniwersytecie Jagiellońskim – po zdaniu końcowych egzaminów wyjechała z Krakowa, aby dołączyć do swej babki – Bronisławy z Cywińskich Suligowskiej, spędzającej lato w Sopotach wraz z rodziną swego szwagra – mec. Adolfa Suligowskiego. Wspomnienia poniższe zostały przez autorkę spisane w połowie 1915 roku.
– IS


W przededniu wojny. Przygoda, która zmieniła się w tragedię

Pamiętniki – a właściwie dziennik z okresu początkowego I wojny światowej, zaczęłam pisać w sierpniu 1915 roku w czasie pobytu w Homlu (na Białorusi – przyp. autorki). Dalsze zeszyty pisałam już w Kijowie, w latach 1915 i 1916. Od rozpoczęcia I-szej Wojny Europejskiej upłynął wtedy niewielki okres czasu, wydarzenia związane z wybuchem wojny przeżywałam bardzo silnie i pamiętałam doskonale kolejność wypadków, jak również nastroje panujące wśrod sporego odłamu społeczeństwa polskiego. Dlatego opis tych wydarzeń jest jak najbardziej autentyczny, a wydaje mi się, że i dość charakterystyczny dla owych czasów. Porządkując obecnie (sierpień 1962 r.) te notatki, starałam się zachować przede wszystkim ich autentyczność, zarówno w opisie wszystkich, nawet drobnych szczegółów, jak również przeżywanych wówczas nastrojów. Dodałam tylko nieco wyjaśnień (koniecznych moich zdaniem po prawie półwiecznym upływie czasu), a skreśliłam różne dygresje zbyt rozwlekłe, subiektywne i naiwne, co zresztą było naturalnym wynikiem mojego młodego spojrzenia na świat, bo przecież miałam 19 lat, gdy w Homlu brałam pióro do ręki, trochę z nudów, a trochę z poczucia „społecznego obowiązku”.

Upływała właśnie pierwsza rocznica wybuchu wojny [I wojny światowej] i gazety pełne były artykułów wzywających do pisania pamiętników i do „zachowania dla potomności” nawet drobnych wspomnień. Myślę, że już wtedy wszyscy coraz namacalniej zaczynali odczuwać, że świat coraz bardziej się zmienia, a ludzie zostają coraz bardziej wytrąceni z dawnej równowagi. O to poplątanie losów państw, narodów i poszczególnych ludzi coraz częściej zaczynaliśmy oskarżać toczącą się wojnę – „okropną, krwawą, nieubłaganą”, „żłobiącą głębokie rysy w duszach naszych”. „Nie raz – pisałam na początku pamiętnika – pytaliśmy się po przebudzeniu, czy to może tylko taki okrutny sen o wojnie długiej, krwawej i żałosnej?”. Niestety, to nie był sen i może dlatego pojawiło się pragnienie zebrania, posegregowania i podsumowania faktów, zrozumienia jak to się stało, że ulegliśmy przemocy wielkiej nawałnicy. Była bowiem ogromna rozbieżność pomiędzy nadziejami, jakie Polacy łączyli z wybuchem dawno oczekiwanej wojny, a rzeczywistością i niespodziankami, jakie wojna ze sobą przyniosła. O tę wojnę modlono się od czasów Mickiewicza, o niej rozmawiali najczęściej „rodacy”, ale wydaje sie, że prawie nikt nie rozumiał rzeczywistych przyczyn, które wojnę wywołać mogły. Dlatego też, gdy patrzę teraz z perspektywy ubiegłych lat, to poglądy i zachowania społeczeństwa polskiego wydają mi się nie tylko naiwne, ale wręcz zabawne.
Zdjęcie z Krakowa z 1914 r. Maryla Kuźnicka (później po mężu Walewska) siedzi w środku. Po lewej Janina Winiarska, po prawej – Maria Keczkowska. Stoją od lewej: Stanisław Antoniewski – przyszły profesor ekonomii; Wacław Jędrzejewicz – brat premiera II RP, przyszły dyplomata, historyk, generał brygady Wojska Polskiego; Zygmunt Rusinek – przyszły poseł na Sejm RP pierwszej kadencji i minister Rządu RP na uchodźstwie. Fot. archiwum IS
Jesienią 1912 roku, w związku z wypadkami na Półwyspie Bałkańskim wybuch wojny ogólno-europejskiej zdawał się wisieć na włosku. Właśnie wtedy (w czerwcu 1912 roku) ukończyłam szkołę średnią i wybierałam się na studia do Krakowa. Wobec tego, że mieszkałam stale w Radomiu, tj. w ówczesnym zaborze rosyjskim, na wyjazd do Krakowa trzeba było uzyskać paszport zagraniczny. Paszport taki był rzeczą dość kosztowną, płaciło się za niego (rosyjskim władzom gubernialnym) 25 rubli, co równało się wartości 5 korcy żyta (ok. 500 kg). Ogólnie więc radzono nam poczekać parę tygodni, aby potem (to znaczy – po wybuchu wojny) pojechać bez paszportu. Babka moja – Bronisława Suligowska, z którą miałam jechać do Krakowa, nie podzielała tych złudzeń. Paszport wykupiłyśmy i w pierwszych dniach października 1912 roku znalazłyśmy się w Krakowie. Tu również panowały nastroje wojenne, może nawet silniejsze niż w Królestwie.

W Krakowie zamieszkałyśmy w pensjonacie p. Borońskiej przy ulicy Karmelickiej nr 22. Mieszkało tam trochę młodzieży akademickiej (np. późniejszy profesor zoologii Uniwersytetu Warszawskiego Władysław Poliński oraz jego przyszła żona Eugenia Jabłońska – matematyczka), trochę osób starszych (między innymi p. Szancerowa, rodzina dziennikarza i literata Cezarego Hirszbanda-Jellenty), kilku panów przychodziło na obiady. Wieczorami zjawiali się też często różni goście (m. in. przychodził osławiony polityk Władysław Studnicki i krytyk literacki Wilhelm Feldman). Przeważnie przychodzili ludzie o przekonaniach postępowych, bo p. Borońska była wdową po redaktorze gazety „Nowa Reforma”, która miała opinię pisma postępowego (demokratycznego). Często więc po wieczerzy rozpoczynały się w jadalni ożywione polityczne dyskusje, przeważnie o możliwościach wojny między zaborcami.

Sytuacja polityczna była tak naprężona, że nieraz wieczorami wydawało się, że rankiem zobaczymy już na ulicach plakaty mobilizacyjne. Jednakże przeszła jesień, zima i optimum naprężenia zaczęło się stopniowo zmniejszać. Zresztą mnie osobiście pochłonęły ciekawe wykłady, barwne życie studenckie i praca społeczna w paru organizacjach akademickich. Zauważyłam też dość prędko, że starszych ciekawiły co prawda epizody wojny bałkańskiej, nawet cieszyli się zwycięstwami Słowian nad Turkami, ale w ogólności nie wierzyli w możliwość ewentualnych zmian na obszarze Polski i przeważnie podzielali orientację dziennikarza z „Wesela”: „Choć na całym świecie wojna – byle polska wieś zaciszna – byle polska wieś spokojna”.

Byłam młoda, więc pociągnęła mnie orientacja wojskowa, według której odzyskanie niepodległości Polski mogło nastąpić jedynie na podstawie wystąpienia „polskiego wojska” w momencie konfliktu między zaborcami. Narzucała się więc konieczność wojskowego przygotowania całego społeczeństwa w ogólności, a młodego pokolenia w szczególności. Tę pracę podejmowały polskie organizacje wojskowe („Strzelec” i „Drużyny”), działające na terenie ówczesnej Galicji, na podstawie ogólnoaustriackiej ustawy o organizacjach strzeleckich. Procent młodzieży myślącej o podszewce politycznej tego ruchu był na pewno minimalny. Naturalnie, większe zaufania do Austrii jako sprzymierzeńca Polski w razie ewentualnego konfliktu wojennego mieli Polacy z zaboru rosyjskiego i oni też stanowili przytłaczającą większość w organizacjach strzeleckich. Nie przypominam sobie, aby jakaś koleżanka z zaboru austriackiego należała do Oddziału Żeńskiego Krakowskiej Drużyny Strzeleckiej, dokąd zgłosiłam się pod pseudonimem „Sławki Kowalskiej”. Wstąpiwszy do Drużyny, miałam wrażenie, że jest najwłaściwsza droga, którą idzie się ku lepszej przyszłości Polski. Droga ta miała iść przez wojnę, ale to nie przerażało ani mnie, ani moich młodych przyjaciół, bo o wojnie mieliśmy bardzo słabe wyobrażenie, jak chyba każde młode pokolenie urodzone i wyrosłe w okresie pokoju. To też z wielkim zapałem przerabialiśmy programy szkoły „żołnierskiej” i „podoficerskiej”.

Szmacianymi lalkami ratowały życie żołnierzy

Polski Biały Krzyż. Nie powstał w opozycji do Czerwonego, ale z niemożności.

zobacz więcej
Dla nas dziewcząt, wychowanych mniej lub więcej po kobiecemu, była to w dodatku „wielka przygoda” – te musztry na Błoniach, czyszczenie rewolwerów i karabinów, odczytywanie map wojskowych, wycieczki w okolice Krakowa i to wszystko przewaznie w mundurach z szaro-niebieskiego, wojskowego sukna.

Na taką właśnie drużyniacką wycieczkę za miasto wyruszyłam wczesnym rankiem w niedzielę 29 czerwca 1914 roku. Był piękny, upalny dzień letni – „tylko do radości i życia, a nie do tragedii i śmierci”, jak zapisałam później w moim pamiętniku. Na wycieczce przerabiałyśmy różne zadania z terenoznawstwa i dopiero późnym wieczorem wracałyśmy do Krakowa. Byłam zmęczona, zakurzona, w grubych butach i z plecakiem na ramionach, toteż przemykałam się bocznymi ulicami, mało zwracając uwagi na świątecznie ubranych i spacerujących krakowian. Dopiero blisko domu, w którym mieścił się mój pensjonat, spostrzegłam po drugiej stronie ulicy dwóch znajomych „drużyniaków”. Na mój widok przebiegli szybko przez jezdnię i zawołali wesoło: „Koleżanko, wojna będzie! Arcyksiążę Ferdynand zabity!”.

Ta nadzwyczajna wiadomość zrobiła na mnie wtedy minimalne wrażenie. Pamiętam doskonale, że zamiast pytać ciekawie o szczegóły tego wydarzenia wszechświatowej doniosłości, powiedziałam prędko moim kolegom: „Nie opowiadajcie, żadnej wojny nie będzie”. I porozmawialiśmy o innych, zupelnie obojętnych rzeczach. Po paru minutach wracałam do domu, naprawdę nie myśląc zupełnie ani o arcyksięciu, ani tym bardziej o wojnie.

W pensjonacie potwierdzono mi tę wiadomość, gdy zapytałam, czy faktycznie zamach w Sarajewie miał miejsce. Współlokatorzy siedzieli w jadalni wokół stołu zarzuconego gazetami i zawzięcie dyskutowali.

[Tu następuje koniec wspomnień, spisanych na maszynie do pisania w 1962 roku; brak dalszych stron, zawierających m. in. przypisy autorki. Dalszy ciąg to dziennik Marii Walewskiej, prowadzony w 1915 r., przepisany z oryginału przez wnuczkę M. Walewskiej w 2014 r. Zachowana została pisownia oryginału – IS].

Nastroje z czasów wojny 1914/1915

[...] – pominięty fragment wspomnień spisanych wtedy jako Maryla Kuźnicka zawierał informacje dotyczące warunków pobytu autorki w Homlu – IS

Wiadomość o zamachu w Sarajewie nadeszła do Krakowa o godzinie drugiej popołudniu i naturalnie wywołała ogromne wrażenie i zamieszanie. Przerwano wyścigi, przedstawienia w teatrach i kinematografach. Z gmachów państwowych, koszar, a nawet z Uniwersytetu [Jagiellońskiego] wywieszono czarne chorągwie. Gazety wydały nadzwyczajne dodatki, ozdobione już fotografiami zamordowanych arcyksięstwa. Po mieście zaczęły krążyć najrozmaitsze wersje. Było co czytać i o czym rozmawiać, ale prawie każda rozmowa kończyła się sprzeczką, czy zabity arcyksiążę był przyjacielem Polaków, czy też Rusinów, czy sprzyjał, czy też był przeciwny polityce cesarza Wilhelma – lub, co najważniejsze – czy zamach w Sarajewie wywoła wojnę europejską, czy też będzie tylko wewnętrzną tragedią dworu austriackiego?

Wiele osób oburzało się na Austrję, że od razu nie wypowiedziała wojny Serbii, ale ogólnie przeważało zdanie, iż wojny nie będzie, bo zabity został przywódca partii wojennej. Nie bardzo zdawano sobie sprawę, że wszędzie wokoło rozpoczęto już przygotowania do wojny. Przez ulice Krakowa przeciągały wciąż oddziały ćwiczącego wojska. Kiedyś spotkałam też duży oddział żandarmów i policjantów, wracających ze strzelnicy w Woli Justowskiej. Jednak – mimo tego wszystkiego – lato było tak piękne, upalne, takie jasne dni lipca nastały, że nie chciało się myśleć, a cóż dopiero wierzyć w możliwość wybuchu wojny. Wciąż zdawało się, że rozejdzie się ta groźna chmura jak już tyle razy bywało...

Karol. Cesarz, który został wygnańcem

Ostatni władca Austro-Węgier spłodził 8 dzieci i zmarł sto lat temu, mając niespełna 35 lat.

zobacz więcej
Któregoś dnia wieczorem poszliśmy na spacer na Błonia. Było już dobrze koło dziesiątej i mrok zapadał zupełny, ledwo w oddali majaczyły kontury Wawelu i Kopca Kościuszki. Zauważyliśmy, że w fortach [?] migotały światełka, a i z daleka na Likorniku [?] błyszczało jakieś światło. Szliśmy wolno aleją, noc zapadała zupelna. Wtem z Kopca rozbłysł i rozlał się potok światła, Jakby jakiś wielki potwór rozciągnął swoje straszne macki daleko po ziemi... Światła pełzały wciąż w różnych kierunkach, ześlizgiwały się nawet po niebie szukając aeroplanów. W jednym momencie znaleźliśmy się i my w promieniu światła. Wrażenie było okropne. Wokoło noc zupełna, a my momentalnie jakby w najjaśniejszym świetle dnia. Czujemy, że tam z daleka widzą dokładnie, gdzie się znajdujemy, a my się nigdzie skryć nie możemy przed tym potokiem jasnego światła. Trwało to chwilę zaledwie, a jednak wrażenie przykre, trwożliwe zostało na długo.

15 lipca [1914 roku] wyjechałam z Krakowa. A miałam wrócić 1 października najpóźniej. Takie są zamiary ludzkie... Podróż moja do Sopot trwała 3 dni. Jechałam przez Wrocław i Poznań, a więc – przez Poznańskie. Wszędzie panowała urocza cisza letnia. Na rozległych naszych polskich łanach zabierali się już ludzie do sprzętu złotych zbóż. [...].

W Gdańsku wsiadł do naszego wagonu jakiś młody żołnierz czy oficer pruski. Nie wiem doprawdy. Utkwiło mi tylko w pamięci, że pas jego spinał się na klamrze z napisem „Gott mit uns”. I pomyślałam – że też ci Prusacy nawet na żołądku muszą umieścić sentencję o Bogu i Jego stosunku do siebie. Nienawidziłam wtedy Niemców zupełnie szczerze i gorąco. [...] Jechałam więc do Prus pod najrozmaitszemi świeżemi wrażeniami i nienawidziłam bardzo szczerze wszystkich Prusaków w ogólności, a drewnianych figur wojskowych, obciągniętych w obrzydliwe granatowe, z ceglastymi kołnierzami mundury – w szczególności.

Na „polskiej plaży” nie widzieli zwiastunów wojny

Sopoty. Czy byliście w tej ślicznej miejscowości, w tym polskim „kurorcie”? W tym letnim salonie Warszawy? Ach, prawda – przecież to p. Nowaczyński tak ośmieszył i zohydził Sopoty w swojej humoresce „A było to nad Bałtykiem”, że już bez pewnego wstrętu nie możemy myśleć o tym spokojnym morzu i niemieckim „gapio-pudle”. Jakby już nic innego w Sopotach nie było... Ale ja lubię Sopoty. Może dlatego, że choć de facto są niemieckie, ale leżą na kaszubskim brzegu. I lubię to spokojne, ciche morze – może dlatego, że to polskie morze. Prawda – jakim upośledzonym jest ten kraj, który nie posiada dostępu do swojego morza? Więc jak tu nie lubić tego kaszubskiego brzegu i Sopot nad polskim morzem?... Naturalnie – kaszubski brzeg i polskie morze są nie tylko w Sopotach – i głównie nie są w Sopotach, a w Gdyni, Oksywiu, Jastarni. Ale tam jest wieś – polska wieś – a w Sopotach jest polski „kurort”, a to ma też swój urok, prawda? Zresztą Sopoty są bardzo ładne – ze swoimi lesistemi, zielonemi wzgórzami, nad szeroką ławicą jasnego piasku, nad niebieskawym morzem – i z majaczeniem Gdańska w oddali. Tylko naturalnie – jeśli chcecie poznać urok Sopot i polubić je szczerze – to nie mieszkajcie w środku niemieckiego miasta, nie chodźcie na spacer tylko do „kurhausu” i na „steg”, nie chodźcie do kąpieli w godzinach południowych, na piasek, do kosza tuż obok „kurhausu” i nie oceniajcie piękności zielonych wzgórz ze smaku kawałka tortu „mit Szlagsahne [?]”, zjedzonego w jednej z licznych, choć misternie ukrytych „cafe”.
Willa Seehaus w Sopocie, gdzie przez kilka lat – do lipca 1914 roku – mieszkał Kronprinz, czyli książę koronny Cesarstwa Niemieckiego i Prus Friedrich Wilhelm Victor August wraz z żoną Cecylią Augustą Marią z Meklemburgii-Schwerinu i ich dziećmi (rodzina na zdjęciach). Fot. Lambiotte - stara pocztówka, Domena publiczna, Wikimedia
Chociaż przyjechałam do Sopot 18 lipca, a więc w pełni sezonu, jednakowoż dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności udało się nam [autorce i jej babce – Bronisławie Suligowskiej – przyp. IS.] znaleźć pokój na ulicy Północnej (NordStrasse) z widokiem na morze. Bo jakże można mieszkać nad morzem i nie mieć widoku na ten cudowny obszar niebieskich fal?... Nasz pokój był prawdziwie „sezonowy”, ze świeżo pomalowaną podłogą, do której przylepiały się wszystkie sprzęty. Na ścianach były, naturalnie, rozwieszone prawdziwie niemieckie [dwa słowa po niemiecku – IS.] sentencje moralne, wypalane w drzewie. Ale za to z okien pokoju i werandy rozstaczał się prześliczny widok. Z werandy widać było mały ogródek pod domem, kępy drzew za ulicą i morze – cudne morze, jak srebro żywe i iskrzące się w promieniach letniego słońca, i tumanem szarej mgły zachodzące na wieczór. Wieczorem też migotały w oddali liczne światełka okrętów wracających z Helu, a we dnie ożywiało się morze białemi masztami żaglówek. Naturalnie weranda była najmilszym moim miejscem pobytu. Za to z okien naszego pokoju roztaczał się rozległy widok na zieloną łąkę, las i drogę wiodącą do „Cafe Stolzenfertz [?]”. Droga ta była o tyle ważną, że po niej jeździł do swej willi położonej za Stolzenfertzem – Kronprinz.

Ulica Północna (Nordstrasse) w Sopotach jest prawie wyłącznie zamieszkałą przez Polaków, a plaża do niej dotykająca, począwszy od Kąpieli Północnych (Nordenbad [?]) nosi nawet, choć nieurzędowy, ale bardzo popularny tytuł „plaży polskiej”. Otoczenie nasze było więc prawie wyłącznie polskiem. W ogóle roku tego było masę Polaków w Sopotach. Poza tem – zauważyłam od razu – że przez te dwa lata, jakie upłynęły od czasu mojego pobytu w Sopotach, śliczna ta miejscowość uległa ogromnej polonizacji. Teraz już absolutnie wszędzie – na dworcu, w cukierniach i w sklepach – można było rozmówić się po polsku. Było więc nam swojsko, przyjemnie i miło. Spędzałam te śliczne dni odpoczynku na kąpielach, przejażdżkach po morzu i długim, marzycielskim wylegiwaniu się na piasku. A tymczasem publiczność sopocka (Kurgoste) biała [ubrana w białe stroje] i wesoła bawiła się zawsze i wszędzie. Kąpała się i tańczyła, jeździła samochodami i przyglądała się, jak co dzień o [godzinie] 10 z rana na jednym placu tenisowym Kronprinz w ubraniu sportowym grywał w tenisa.

Mówiły mi później osoby, które lato te spędziły w Pałędze, że goście kąpielowi byli mile zdziwieni, gdy do tej spokojnej miejscowosci niespodziewanie nadleciały aeroplany z Libawy. Ożywiła się Pałęga i ciekawa publiczność gromadnie wylegała na plażę patrzeć, jak aeroplany szybowały ku granicy niemieckiej. Nikt nie przypuszczał, do czego zmierza to miłe widowisko. A podobne widowisko mieliśmy i my w Sopotach. Co prawda, tutaj aeroplany były rzeczą zwyklejszą, ale i tak na odgłos furkotu spod obłoków wybiegali ludzie do ogródków i na plażę patrzeć na te piekne ptaki, w których nikt wtedy nie domyślał się zwiastunów wojny. A dwupłatowe „taube” wykonywały w powietrzu liczne ewolucje. Hydroplany spuszczały się lekko na spokojne morze, a potem znowu razem płynęły podniebnymi szlakami w stronę Gdańska i dalej...

Odgłosy prasy berlińskiej. Wierzyć czy nie?

Spokojnie i miło biegł dzień za dniem. Gazety pisały co prawda o zatargu austryjacko-serbskim, ale któż dokładnie czytuje gazety podczas letnich wywczasów, gdy słońce cudownie świeci, a morze szumi i szumi. 24 lipca – wybrałyśmy się do środka miasta, na ulicę Morską (Seestrasse) i do Kurhausu. Już po drodze dobiegła nas wieść, że ktoś powrócił z Gdańska i widział tam [wywieszony] telegram o przesłaniu do Serbii austryjackiej, decydującej noty (ultimatum). Ale była to taka mętna wiadomość. Jednakowoż na Morskiej ulicy kupiłyśmy nadzwyczajny dodatek „Zappoterzeitung”, pierwszy nadzwyczajny dodatek – a ileż ich potem było!
„Seesteg mit Kurhaus”, czyli falochron z Kurhausem. Wydawca z Drezna: Stengel & Co., GmbH, 1921 rok. Fot. Biblioteka Narodowa w Warszawie, Domena publiczna, Wikimedia
Nadzwyczajny dodatek zawierał treść noty austro-serbskiej i niektóre odgłosy prasy berlińskiej z tego powodu. Pamiętam, jak siedziałyśmy na jakiejś ławce na plaży i ze wzruszeniem czytałyśmy treść tej historycznej noty. „Nie – Serbja nie może się na to zgodzić, absolutnie nie może” – pomyślałyśmy od razu. I widmo zgrozy wojennej zawisło nad nami. Ale prasa berlińska była innego zdania: „Naturalnie, że w tej ważnej chwili łączymy się z naszą sojuszniczką i Austrja może być pewną naszego poparcia, ale mamy ogromną nadzieję, że sprawa ta da się jeszcze załagodzić. Austrja, chcąc zachować swą powagę państwową, musiała wysłać taką notę, ale Serbja przecież powinna zrozumieć, że straszna tragedia sarajewska wymaga zadośćuczynienia”. Taka była mniej więcej treść odgłosów prasy berlińskiej. „Wierzyć, czy nie wierzyć? Będzie wojna, czy nie?” – myślałyśmy już zupełnie serjo i ważność tych kwestji zawisła nad nami w całej swej grozie. I postanowiłyśmy od razu, że jeśli tylko wojna austro-serbska faktycznie wybuchnie, zaraz wyjedziemy do domu.

Ale nasze nastroje wojenne rozwiały się nadzwyczajnie szybko, skoro tylko przekroczyłyśmy próg pensjonatu. Tutaj wszyscy byli po dawnemu – jaśni, biali [w białych ubraniach] i weseli – i śmieli się z wiadomości o nocie i myśli o możliwości wojny. Czyżby to była nasza przysłowiowa polska lekkomyślność? Nazajutrz też – wszędzie spotykałyśmy się z uśmiechem pobłażania, nawet ze strony ludzi bardzo światłych i wybitnych . Wszyscy się śmiali, skoro tylko usłyszeli o naszym zamiarze powrotu do domu. Któż widział – po 10-dniowym pobycie nad morzem – wyjeżdżać na wieść o grożącej wojnie austro-serbskiej? Tak więc Sopoty były nadzwyczaj spokojne i jak zawsze białe i wesołe.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
Była to sobota, a więc przygotowania rautowe zajmowały większość publiczności, wybierającej się na raut polski w hotelu „Wiktorja” i na raut wielki w Sali Kurhausu. Do Kurhausu publiczność polska zazwyczaj nie chodzi, ale dziś poczta pantoflowa przyniosła wiadomość, że na raucie ma być Kronprinz. Niektóre więc piękne warszawianki wybierały się na salę, a bardzo liczna rzesza umawiała się na galerię. Z nastaniem więc wieczornej godziny liczne dorożki i auta rozwoziły strojnych i wesołych gości po balowych salach. Jednakowoż i na Morskiej ulicy ruch był ożywiony. Przecież to o 6-ej godzinie wieczorem Serbja miała dać odpowiedź. Chodzili więc ciekawsi ludzie po ulicy, stawali grupkami [przed siedzibami redakcji gazet? poczty?], oczekując telegramów i niepokoili się już trochę. Nareszcie – wyszedł nadzwyczajny dodatek. Było to około godziny 11 wieczór. Nic jasnego nie dowiedzieliśmy się z odpowiedzi Serbji, ale ciężkie uczucie niepokoju na dobre już zagościło w naszych sercach, mimo że wieczór był taki piękny, ciepły i cichy, a morze szumiało sennie-kojąco. A w salach rautowych ochoczo tańczono do rana i Kronprinz był podobno w Kurhausie – tyle było tematów do rozmów niedzielnych.

Poranek niedzielny – dziwnie chmurny i smutny – nie przyniósł żadnych zasadniczych zmian w wiadomościach i nastrojach wojennych. Co prawda, gazety sopockie i gdańskie wyszły już z bardzo sensacyjnymi tytułami, ale za to gazety berlińskie po dawnemu były spokojne i jakby pełne nadziei na pokojowe rozwiązanie konfliktu europejskiego. Po Sopotach rozeszła się wiadomość, że Kronprincerin z dziećmi jakoby ma wyjechać. Ale Kronprinz po dawnemu gral w tenisa i jeździł uśmiechnięty samochodem. Wierzyła więc publiczność sopocka jego spokojowi i po dawnemu było w Sopotach spokojnie i wesoło.

Biedny polski Sokół w gnieździe na przedmieściu Gdańska

W czasie niedzielnego obiadu p. Tomaszewski, mąż właścicielki pensjonatu „Halina” zapytał, kto chciałby pojechać do Gdańska na ćwiczenia polskiego „Sokoła”. Zgłosiło się chyba 10 osób, każdy otrzymał imienne zaproszenie. Naturalnie – pojechałyśmy.

Ulice Gdańska były prawie zupełnie wyludnione, jak zwykle w niedzielne popołudnie, gdy gdańszczanie wyjeżdżają tradycyjnie na wycieczkę do Sopot. Jednak nieliczni przechodnie gromadkami skupiali się na rogach ulic i pod redakcjami gazet, gdzie właśnie świeżo rozlepiono żółte i niebieskie afisze, na których nie drukowano, tylko ołówkami wypisywano ostatnie telegramy. Czytamy i my – już ze stale rosnącym lękiem: „Austrja się mobilizuje – generał Putnik [?] aresztowany w chwili, gdy z Budapesztu jechał ku granicy serbskiej”. „No, naturalnie, Austrja prędko pobije tych świniopasów Serbów” – wnioskuje ktoś koło mnie z ogromną pewnością i spokojem. Ale zaraz ktoś drugi pyta: „A co na to powie Rosja?”. „Niemcy – co będzie?” – półgłosem pyta ktoś trzeci. Do dyskusji jednak nie dochodzi, bo spieszymy się.

Błękitni bogowie wojny

Armia Hallera była najlepiej wyszkoloną i wyposażoną formacją rodzącego się Wojska Polskiego. Opowiada o niej Hubert Kuberski.

zobacz więcej
„Sokół Polski” w Gdańsku jest instytucją istniejącą już od dość dawna, ale pędzącą mocno suchotniczy żywot. Członków miał kilkudziesięciu, ale prawdziwych „sokołów” – tj. członków czynnych, ćwiczących – zaledwie dwudziestu paru. Byli to przeważnie robotnicy tutejszych fabryk i rzemieślnicy małych warsztatów, ciężko pracujący całe 6 dni w tygodniu i od czasu do czasu w imię polskości ćwiczący na drążkach, z kijami i z „lancami”. Nowy duch Sokoła Macierzy, a zwłaszcza Sokolni Krakowskiej nie przeniknął jeszcze do Gdańska i nie zastąpiono gimnastycznych koszulek trykotowych szaremi mundurami, a różnych łamańców, sztucznych figur i miarowych ruchów – ćwiczeniami wojskowemi. Ale i tak – w swej dawnej formie – Sokół Gdański spełniał swoje zadanie, odrywające druhów od niemieckiego towarzystwa i choć trochę ucząc ich mowić i czuć po polsku.

Ten biedny polski Sokół miał swe gniazdo na przedmieściu Gdańska. Lokal jego składał się z małego parterowego domku, mieszczącego salę ze scenką teatralną i bufetem piwnym oraz z suchotniczego miejskiego ogródka, w którym obok małego placyku imitującego boisko były porozstawiane liczne stoliki i krzesełka – i naturalnie można było dostać piwa, kawy i kawałek tortu „mit Szlagsahne”. Biedny polski Sokół w Gdańsku nie miał nawet prawa publicznie ćwiczyć i publicznie zbierać pieniądze na podreperowanie swego małego gniazda. Tylko od czasu do czasu w niedzielne popołudnia urządzał dla swych członków, „ich rodzin i wprowadzonych gości” małe przedstawienia, składające się z ćwiczeń na boisku i amatorskich sztuczek na scenie, zakończonych potem tańcami z „wielkiej” sali malego domku. Schodzili się wtedy tutaj robotnicy i rzemieślnicy w białych nicianych rękawiczkach, czarnych odświętnych tużurkach, a niekiedy w trykotowych koszulkach ukrytych pod tużurkami. Schodziły się szwaczki, służące i żony rzemieślników z dziećmi – wszystkie w białych lub różowych sukniach i w słomkowych kapeluszach z gazą i kwiatami. Słowem, schodziła się tutaj dość licznie polska ludność Gdańska – bo Polacy w Gdańsku, choć stanowili 11% ludności miejscowej, ale byli tylko ludem roboczym. Jednak ci polscy robotnicy przychodzili dość chętnie do lokalu biednego Sokoła. Tu się bawili i tu nie wstydzili się głośno mówić po polsku.

Liczni Królewiacy – goście sopoccy – jeżdżąc tłumnie do Gdańska, poznawali dokładnie magazyny strojów i nowości: kawiarnie, restauracje i różne galerie [w oryginale zwrot niemiecki]. Ale mało kto wiedział, gdzie się w Gdańsku znajduje jakaś polska instytucja – choćby ten Sokół, jedna z nielicznych placówek polskości na kresach zachodnich.

Owej niedzieli (26 lipca) przyjechało nas z Sopot zaledwie kilkanaście osób. Przyszli też przedstawiciele nielicznej polskiej inteligencji w Gdańsku – współpracownicy polskiej gazety („Gazeta Gdańska”), jakiś adwokat, urzędnik... Wszyscy oni – więcej [w większym stopniu] niż prosty lud roboczy – nabrali zewnętrznych cech niemieckich, a zwłaszcza okrągłego brzuszka, wyhodowanego na niemieckim piwie.

Wszyscy druhowie witali nas bardzo radośnie i serdecznie. Ale zaraz za nami zjawił się (jak czarna zmora) tłuściutki, a ponury jak czarna zmora, pruski „Schutzman [?]” w pikelhaubie – szpiegował i węszył na wszystkie strony i pilnie sprawdzał imienne zaproszenia. Byliśmy już w obawie, że zebranie może być udaremnione, ale jakoś udało się wytłumaczyć p. Schutzmanowi [?], że zebranie było ściśle „prywatne” i zmusić go do opuszczenia lokalu. Druhowie ostrzegli nas jednak i przed niemieckimi kelnerami – gdyż lokal jest tylko dzierżawiony, a kelnerzy są ludźmi obcymi i niepewnymi.

Siedliśmy więc w ogródku przy żelaznych stolikach i czekaliśmy na rozpoczęcie uroczystości. Jakoś wkrótce dęta orkiestra Sokoła zaczęła wygrywać jakąś wielce monotonną, choć dość rytmiczną melodię i na boisko weszli szeregiem druhowie. Było ich 25-ciu. Wszyscy starali się bardzo iść równym, miarowem krokiem, słuchać niezbyt pewnej komendy i wykonywać równe ruchy kijami w takt monotonnej melodii. Naturalnie – oklaskiwaliśmy ich szczerze i serdecznie, bo trzeba przecież było wynagrodzić czemkolwiek tych ludzi dobrej woli. Później odbywały się gimnastyczne ćwiczenia na drążkach i trapezie, a dęta orkiestra wciąż przygrywała tę samą melodię. [...]. Do ogródka doleciał głos nowy – wyraźny odgłos strzałów karabinów. „Co to? – pytamy wszyscy zdziwieni. „A, proszę państwa – objaśnia nas jeden z przedstawicieli gdańskiej inteligencji – oto wyraźna zapowiedź wojny, bo to się ćwiczą niemieccy żołnierze”. „Jak to – ćwiczą w niedzielę? A gdzie Sontagruhe [?]”? „Właśnie – w tym zapowiedź wojny, że ćwiczą w niedzielę, i w dodatku karabinami nowego systemu”.
„Seesteg u. Strandleben”, czyli molo i życie na plaży w Sopocie. Zatoka pełna żagłówek. Wydawca pocztówki: Gdańsk, Verlag Clara Bernthal, lata 1905-1923. Fot. Biblioteka Narodowa w Warszawie, Domena publiczna, Wikimedia
Rozmowa od razu schodzi na tory polityki i wojny, ale w możliwość wojny europejskiej jeszcze mało kto wierzy. Nawet panowie z Gdańska uspokajają nas, że zupełnie nie ma czego się obawiać, gdyż giełda – ten puls życia i świata teraźniejszego – nie objawia dotąd żadnych wahań i zniżek. „Ale, jeśli wojna swoją drogą wybuchnie, to jak panowie myślą – pytamy ciekawie – co będzie?” „Co będzie? – wesoło podchwytuje młody adwokat, oficer rezerwy – Za 10 dni będziemy w Warszawie”. I znowu mi smutno. Ten młody Polak z takim spokojem, a nawet wesołością mówiący o tem, że będzie musiał włożyć na siebie nienawistny [mi] mundur pruski i w tym mundurze przy dźwięku „Nacht an...[?]” wejść do Warszawy, jest taki straszny w swej polskiej tragedii – może najstraszniejszej od wieku... [...].

Wojna europejska w siedmiomilowych butach

Cały następny tydzień był okresem gorączki i niepokoju. Mimo wzbierających się chmur wojennych i nieuniknionej już wojny austro-serbskiej nie wyjeżdżałyśmy jeszcze z Sopot. Czas był cudowny i nie chciało się wyjeżdżać. Kronprincerin z dziećmi wyjechała w poniedziałek czy wtorek rano. W poniedziałek zaczęłyśmy się namyślać – co robić? Jechać już do domu, czy też jeszcze poczekać choć trochę. Decyzja była trudna. Zresztą nie było nawet zbytnio złych wiadomości z polityki, a wiadomość lokalna o wyjeździe Kronprincerin z dziećmi nie wywołała w Sopotach większego wrażenia. Zresztą ciągle tłumaczyli nam wszyscy, że jeszcze nie ma się czego obawiać, że nawet gdyby wybuchła wojna austro-serbska, to nie będzie ona jeszcze ostatecznym dowodem wojny europejskiej. Początkiem zaś wojny europejskiej będzie dopiero zerwanie stosunków dyplomatycznych między Austrją i Rosją, a następnie – wojna austrjacko-rosyjska. Ale jako że my jesteśmy w Niemczech, więc absolutnie nie mamy się czego obawiać, gdyż Niemcy ujmą się dopiero za swoją sojuszniczką. Mamy więc jeszcze tyle czasu... Tak sobie domorośli politycy na długo przekładali wybuch wojny europejskiej. A tymczasem wypadki szły szalonym tempem siedmiomilowych butów.

W Sopotach jednak po dawnemu było pogodnie na niebie i ziemi. Wielkie afisze zapowiadały na następny tydzień przedstawienia „Waldoper”, i naturalnie zaraz wzięłysmy bileta, bo wciąż jeszcze żywo snuły mi się po głowie wspomnienia cudnej bajki o Jasiu i Małgosi, widzianej w sopockim lesie dwa lata temu. Tymczasem zaś po dawnemu używało się słońca i morza. We wtorek zaproponowano nam wycieczkę do Oliwy. Było to akurat pamiętnego dnia 28 lipca 1914 roku. Ale naturalnie nikomu z licznego towarzystwa nie przyszlo do głowy myśleć o ważności chwili. Za to myśleliśmy o miłym spędzaniu czasu – no i trochę o zamanifestowaniu przed Niemcami swej polskości. Jechaliśmy więc szumnie i wesoło morzem do Gładzikowa i tramwajem do Oliwy. Chodziliśmy po cudnych alejach oliwskiego parku i uparliśmy się bezwarunkowo żądać polskiego przewodnika po starym kościele. Żądanie było o tyle śmiałe, że proboszczem Oliwy jest jakiś zapamiętały hakatysta. Było jednak nas dwadzieścia parę osób i za swoje 50 fenigów od osoby bardzo uparcie żądaliśmy przewodnika mówiącego po polsku.

Przewodnik się znalazł – albowiem czegoż nie zrobią Niemcy dla pieniędzy? – jednakowoż publiczność niemiecka, również zwiedzająca klasztor, z silnym niezadowoleniem słuchała naszych głośnych okrzyków. „In Deutschland muss man deutsch sprechen [?]” – zauważyła nawet jakaś koścista Niemka, żywy rysunek z „[dwa słowa po niemiecku – IS]”. Mój Boże, byliśmy wtedy jak koguciki, rozochoceni słoneczną przejażdżką po morzu i spacerem po romantycznych alejkach parku – gotowiśmy byli bić się z tą gromadą tłustych Niemców. Nasza polskość i nasze przekonania były wtedy takie mdłe i papierowe – jak późniejsze nieszczęsne orientacje i aspiracje.

Naturalnie przewodnik odciągnął nas daleko od niemieckich turystów. Nakaleczył się polskiego języka co nie miara, pokazując nam kościół i krużganki klasztorne ze słynnym stołem, na którym podpisany był pokój ze Szwedami. A potem wypuścił nas na słońce do ogrodu. I szliśmy przez urocze aleje, przez słoneczne placyki nad stawami i cieniste cięte szpalery – bardzo zadowoleni z siebie i ze świata. A potem siedzieliśmy w zacisznej kawiarence, gdzie były – jak wszędzie w Niemczech – podłe ciasta i jaki taki tort „mit Szlagsahne” i nie myśleliśmy nic o tem, co się dzieje na świecie.
„Strandleben”, czyli życie na plaży w Sopocie. Wydawca pocztówki: Gdańsk, Verlag Clara Bernthal, lata 1905-1923. Fot. Biblioteka Narodowa w Warszawie, Domena publiczna, Wikimedia
A tym czasem rozpoczynała się wojna austro-serbska. W Sopotach, wracając ze stacji do domu, przeczytaliśmy telegram o wypowiedzeniu wojny przez Austrję i manifest cesarza Franciszka Józefa „do wszystkich narodów monarchji austrjacko-węgierskiej”. Fakt już się stał – taka straszna rzecz jak wojna już się rozpoczęła. Czyż można zdać sobie z tego sprawę w jednym momencie? „Pamiętajcie – że to się stało 28 lipca” – mówiliśmy sobie nawzajem, jak gdyby możliwym było kiedykolwiek zapomnieć – taka straszna tragedia... Może już w tej chwili biją się Austrjacy i Serbowie na granicy na Dunaju... Może biją się już i giną i Polacy – w obcym wojsku, za obcą sprawę? Mój Boże! Co będzie?...

Mimo wybuchu wojny austro-serbskiej wciąż jeszcze odradzano nam wyjazd z Sopot, a na dowód wszechświatowego spokoju pokazywano nadnaturalnie spokojne gazety berlińskie. Jednakże mimo wszystko postanowiłyśmy z Sopot wyjechać. Chciałyśmy tylko – pod wpływem uspokajających rad – wykorzystać jeszcze zapłacone mieszkanie, „kurtaksę”, bilety na kąpiele morskie itp. rzeczy. Miałyśmy więc wyjechać w sobotę 1 sierpnia. I w poczuciu konieczności tego wyjazdu postanowiłyśmy zwrócić nawet bileta na czarodziejski wieczór, na sopocką „Waldoper”. Ale okazało się, że zarząd tych przedstawień nie podzielał naszego niepokoju – gdyż pieniędzy nie chciano nam oddać, motywując, że wojno austro-serbska to jeszcze nie dowód konfliktu europejskiego, naszego wyjazdu z Sopot i rezygnacji z przedstawienia. Ano – może to i prawda – myślałyśmy.

Wojenna pobudka. Kronprinz wyjechał

Popołudniu gazety miejscowe przyniosły wiadomość o wzięciu Belgradu. Ten nieszczęśliwy Belgrad zdobywany był przez prasę niemiecką systematycznie na początku wojny – przynajmniej co tydzień, a potem – choć co miesiąc. Naturalnie wtedy nie mogłyśmy przeczuć chroniczności tego faktu i uwierzyłyśmy weń zupełnie. Ten niepokój i głód nowych wiadomości zaprowadził nas do czytelni Kurhausu. Tutaj okazało się, że gazety berlińskie o wzięciu Belgradu jeszcze nic nie wiedzą, że giełda jest jeszcze bardzo spokojna, ale i [słowa], że jeśli Niemców [zaatakują – wers po niemiecku], to i oni wyciągną miecz z pochwy. Była to pierwsza pobudka wojenna poważnej prasy berlińskiej.

A jednocześnie „Zoppoter Zeitung” pisała w wiadomościach miejscowych, że ważne wypadki na horyzoncie nie powinny przyczyniać się do tego, by Niemcy zamykali oczy na to, co dzieje się w koło nich. Bo – szedł sobie oto jakiś hakatysta [...] brzegiem morza do Adlerhorstu (Orłowa) i pewnie myślał o wszechwładnej potędze Niemiec. Aż tu niespodziewanie dobiegła jego uszu straszna melodia. To w Kurhausie Adlerhorstu ktoś grał i głośno śpiewał „polnische national-Liede [?]”. Biednego hakatystę prawdopodobnie zamroczyło z przerażenia na myśl o takim zuchwalstwie. Tymczasem zaś melodia się urwała. Oprzytomniał więc na tyle, że napisał list otwarty do „Zoppoter Zeitung”, pytając, gdzie jest i co robi policja sopocka, że w niemieckim kraju mogą się dziać takie rzeczy. I jakże tu nie nienawidzieć z całej duszy i z całego serca tych podłych Niemców – szpiegów – hakatystów.

Po długim czekaniu dostałyśmy też gazety polskie. Biorę do ręki „Dziennik Poznański”: Boże! Co to znaczy? Co to za tytuł – „Wybuch w cytadeli warszawskiej”? Powstanie w Warszawie? Czyżby już?... Ale gazety poznańskie nie wiedziały jeszcze nic – przyszła telegraficznie jakaś dziwna wiadomość o wybuchu i pożarze w cytadeli warszawskiej – ale co to oznacza, nikt nie wie. Tylko poznańskie gazety niemieckie, chcąc zagrać na nerwach i uczuciach Polaków – a sobie napełnić kieszeń – wydały nadzwyczajny dodatek pod ogólnym tytułem „Polnische Aufstand in Warschau [?]”. Naturalnie dodatek rozszedł się momentalnie. I zabiły biedne serca polskie trwogą i niepokojem. A pisma poznańskie zwróciły się z oburzeniem do prasy niemieckiej: jak może ona, jedynie w celach spekulacyjnych, pisać kłamliwe wieści o tem, co jest tak drogie sercu polskiemu. Ale czy były to tylko cele spekulacyjne i pieniężne?...

House zamknął Polaków w pokoju i nakazał: porozumieć się!

Jeden z lobbystów naszej niepodległości po powrocie do USA w 1920 przyjął katolicyzm i został księdzem.

zobacz więcej
Zaciekawiona i zaniepokojona ogromnie, wzięłam do ręki gazety warszawskie. O wybuchu wiadomości mętne i niejasne. Ale jedno jest pewne – wybuch nie był organicznie związany z żadnym ruchem powstańczym. I kiedy tak, z ciągłą nadzieją znalezienia jakiejś nowej wiadomości, przerzucałam gazety warszawskie, natrafiłam nareszcie na artykuł w „Gazecie Porannej 2 grosze” – którego tytułu już dziś nie pamiętam, ale treść chyba na zawsze utkwiła mi w pamięci. Był to sobie taki zwykły artykuł wstępny. I utkwił mi w pamięci tylko dzięki swej bezpośredniej łączności z wypadkami, jakie potem nastąpiły. Niezapamiętany, a może i nie podpisany autor tego artykułu pisał o tem, że na horyzoncie gromadzą się groźne chmury wojenne. I że choć nie wiemy, co one nam przynieść mogą, to jednak jedno jest bezwarunkowo pewnem: Jakakolwiek wojna wybuchnie – jeśli tylko wybuchnie – najstraszniejszy i najkrwawszy jej epizod rozegra się na ziemiach polskich. Społeczeństwo polskie powinno się więc obudzić z miłego uśpienia i zapamiętać sobie, że nie wolno nam teraz powtarzać za „Weselem” Wyspiańskiego: „....choć na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna...”, ale stać twardo i śmiało, z otwartymi oczyma patrzeć w nadciągającą, groźną przyszłość. [...] Ale czyż mogły być bardziej jak te prawdziwe słowa w zastosowaniu do ówczesnego stanu uczuć przeciętnego społeczeństwa? Czyż nie tak myślało 9/10 polskich obywateli: „Niech się cały świat przewraca, byle u nas było spokojnie”? [...]

W czwartek (30 lipca) najniespodziewanie rozeszła się po Sopotach wieść, że Kronprinz wyjechał. Został wezwany do Berlina na radę cesarską. Mówiono, że żegnając się z panią C. z Warszawy miał powiedzieć: „Au revoir a six semaines a Varsovie”. Wiadomość o wyjeździe Kronprinza podziałała bardzo elektryzująco na publiczność sopocką. I w ogóle nastrój był już bardzo nerwowy i niespokojny. Bezwarunkowo oddziaływały na to najrozmaitsze nadzwyczajne dodatki, ukazujące się w Sopotach nieledwie co dwie godziny. Wiele też osób dostało już alarmujące listy, a nawet telegramy z Warszawy. Należy pamiętać, że w te dnie w Królestwie już była mobilizacja. W Niemczech na ogół było spokojnie – o mobilizacji nie było słychać. Jednakowoż wiele rodzin niemieckich rozpoczęło już rozjeżdżać się do domów. Publiczność polska w olbrzymiej większości ani nie myślała o wyjeździe. Wiele jednak osób odkładało tylko wyjazd do końca tygodnia, tymczasem oczekując dalszego biegu wypadków.

Gazety popołudniowe przyniosły wiadomości o radzie cesarskiej w Poczdamie, na której wojna była prawie postanowiona. Niezmiernie charakterystycznym był tu ton prasy berlińskiej. Z ultrapokojowego zmienił się od razu w pobudkę wojskową. Naturalnie – nie podziałało to na nas ani uspokajająco, ani przyjemnie. W towarzystwie zaczęło się mówić o odbieraniu wkładów z banków i realizowaniu akredytyw. Jednak – mówiły o tem tylko panie, bo panowie – choć wybitni ekonomiści i działacze warszawscy – śmieli się jeszcze z nastrojów wojennych i chęci chowania pieniędzy „do pończochy”. Tegoż dnia dostałyśmy też ostatnie listy z Królestwa. Były to listy z Radomia, Siedlec i Ciechocinka, wszystkie nosiły datę 29 lipca i były bardzo spokojne. Wszyscy pisali o rzeczach drobnych i radzili nam nie wracać jeszcze do domu. Byłyśmy jednak już zanadto zaniepokojone i podniecone, by móc zastosować się do tej rady. Zaczęłyśmy się pakować...

Wieczorem, około 8-ej godziny wybrałyśmy się do miasta. Chciałyśmy po raz ostatni pożegnać się z oficjalnemi Sopotami – z Kurhausem, z tęczową fontanną i Stegiem, idącym daleko w głąb ciemnego morza. Ruch na ulicach był ogromny. Rozchwytywano w lot nadzwyczajne dodatki, piszące o postępach wojny austro-serbskiej i [o] mobilizacji rosyjskiej. Spotkałyśmy też znajomych panów z Gdańska. Utrzymywali oni, że giełda jest jeszcze zupełnie spokojną, a co do pogłosek o mobilizacji w Niemczech, są one nieprawdziwe i bezpodstawne, gdyż w razie mobilizacji oni pierwsi musieliby dostać wezwanie.
„Ostseebad Zoppot, Kurgarten”, czyli ogród uzdrowiskowy z fontanną, w tle molo sopockie. Wydawca pocztówki: Gdańsk, Verlag Clara Bernthal, przed 1915 rokiem. Fot. John Faltin - Biblioteka Narodowa w Warszawie, Domena publiczna, Wikimedia
Bardzo możliwe, że giełda gdańska była jeszcze spokojną, ale za to niemiecka publiczność sopocka była już bardzo niespokojna. Według wszelkiego prawdopodobieństwa spokój giełd niemieckich był sztucznie utrzymywany do czasu, ale ludności niemieckiej nikt już nie chciał utrzymywać w spokoju. Owszem – nadciągająca burza wojenna ciągnęła za sobą długi łańcuch ofiar, jakie miały ponieść Niemcy. Aby więc te ofiary wytrzymać, musiała się ludność niemiecka ożywić sporą dozą patryjotyzmu. Ze spokojnych „burgerów” – ciężko i drobiazgowo pracujących, a w wolnych chwilach pijących piwo i palących cygara – miała się przeistoczyć w dzielnych obrońców Vaterlandu. Jest zresztą zwykła psychologja chwil wojennych. I im przeistoczenie narodu w chwili wybuchu wojny jest głębsze, tem i zwycięstwo pewniejsze. Niemcy szykowały się do wielkiej wojny. Wojna ta miała powołać wszystkich, gdyż w Niemczech wszyscy służą w wojsku. Biły więc już niepokojem w przeczuciu groźnych chwil serca Niemców – mężczyzn i kobiet.

Ogromny tłum zgromadzony na placu przed Kurhausem falował i drżał – i oczekiwał czegoś z niepokojem. Wszyscy byli podrażnieni i podnieceni, wszyscy [na coś] oczekiwali. I na przeciwko ich oczekiwaniom wyszła wszechwładna pieśń niemiecka – wyszła, by ich drżące dusze pochwycić, podniecić patryjotyzmem i przykuć do rydwanu wojny – śmierci i zwycięstwa. Orkiestra zagrała „Deutschland, Deutschland über alles”. I tej typowej niemieckiej pieśni, typowej w słowach i melodii, zawtórowały tysięczne niemieckie głosy, a pewnie i serca...

„Uciekajmy stąd, byle daleko, byle nie słyszeć” – mówiłam. Instynktownie odpychało mnie od tej pieśni, tak wrogiej i obcej nam Polakom. Ale – jakże uciekać – do wyjścia dostać się niepodobna, rozentuzjazmowany tłum niemiecki zagradza sobą wyjście i jest groźny dla tych, którzy by chcieli wyjść. Idziemy więc na Steg – tam przynajmniej pusto teraz i senny szum morza zagłusza dalekie echa wszechwładnej niemieckiej pieśni.

Idziemy – stukają deski pomostu – szumi ciemne morze. Na brzegu wśród drzew migotają światełka willi – fala liże cicho ławicę piasku – wysuwa się Księżyc zza chmur. Taka jest cudna cisza w naturze. Powoli zapominam, że o kilkaset kroków ode mnie pryska tęczowa fontanna, gra orkiestra i faluje obcy, wrogi tłum. Patrzę na morze ciemne, sennie szumiące, i marzę – jeśli można marzyć z sercem bólu pełnem. Marzę więc o kraju rodzinnem i o tem, kto wyjdzie na przeciw uczuć jego ludności. Kto pochwyci niepokoje, jakie Polacy przeżywają obecnie? Czy wyjdzie na przeciw nich wszechpotężna polska pieśń „Jeszcze Polska nie zginęła” i przykuje ducha polskiego do swego rydwanu walki – śmierci – chwały i zwycięstwa? Czy zjawi się archanioł wiary z mieczem ognistym? I niepokoi się serce moje. Bo na przeciw mego smutku i niepokoju nie idzie po ciemnych falach polskiego morza żadna pieśń, żaden archanioł wiary i nadziei. I boję się sama o swoją świętą wiarę w nieśmiertelność polskiej duszy i ze drżeniem wyciągam dłonie do złotych gwiazd na niebie...

A tymczasem zaczyna szumieć wiatr i przynosi..................................................

[Brak dalszych stron zeszytu pamiętnika Marii Walewskiej z 1915 r. Ciąg dalszy wspomnień, począwszy od 1 sierpnia 1914 r., został zamieszczony w zeszytach zapisanych w 1962 r. – IS.]

– Maria Walewska
– opracowała Inka Słodkowska


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji
Maryla Kuźnicka (Walewska) w 1914 r. jako studentka UJ w Krakowie. Fot. archiwum IS
Maria z Kuźnickich Walewska (1894 – 1980)

Córka Marii z Suligowskich i Władysława Kuźnickich. Właścicielka majątku Kowala Stępocina pod Radomiem (obecnie główna ulica w Kowali nosi jej imię). Studiowała rolnictwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, w 1920 roku poślubiła Aleksandra Walewskiego. Mieli czworo dzieci. Zasłużona działaczka społeczna w II Rzeczpospolitej (Związek Ziemianek, Koła Gospodyń Wiejskich, Akcja Katolicka), odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi. Aleksander Walewski był działaczem Związku Ziemian oraz Akcji Katolickiej, założył w Kowali Spółdzielnię Spożywców i Kasę Zapomogową. W czasie II wojny światowej Walewska zorganizowała tajne nauczanie w dworze w Kowali, oboje z mężem działali w „Tarczy”, starsze dzieci należały do AK. Po 1945 roku w wyniku reformy rolnej Walewscy opuścili Kowalę i zamieszkali w Radomiu. Aleksander, aresztowany w marcu 1945 r., po zwolnieniu z więzienia zmarł w 1946 r. Maria pracowała w administracji szkolnej. Pozostawiła obszerne pamiętniki, z których opublikowane zostały: „Rok 1918. Wspomnienia” (Warszawa 1998), „W cieniu ustawy o reformie rolnej” (Warszawa 2007).

SDP2023
Tygodnik TVP jest laureatem nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Zdjęcie główne: „Ostseebad Zoppot - Im Familienbad” – czyli kąpiel w Morzu Bałtyckim w Sopocie, na rodzinnej plaży. Poczyówka z Wydawnictwa Klary Bernthal, z lat1905-1923. Fot. Biblioteka Narodowa w Warszawie, Domena publiczna, Wikimedia
Zobacz więcej
Historia wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Bankiet nad bankietami
Doprowadził do islamskiej rewolucji i obalenia szacha.
Historia wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Cień nazizmu nad Niemcami
W służbie zagranicznej RFN trudno znaleźć kogoś bez rodzinnych korzeni nazistowskich, twierdzi prof. Musiał.
Historia wydanie 29.12.2023 – 5.01.2024
Kronikarz świetności Rzeczypospolitej. I jej destruktor
Gdy Szwedzi wysadzili w powietrze zamek w Sandomierzu, zginęło około 500 osób.
Historia wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Burzliwa historia znanego jubilera. Kozioł ofiarny SB?
Pisano o szejku z Wrocławia... Po latach afera zaczęła sprawiać wrażenie prowokacji.
Historia wydanie 22.12.2023 – 29.12.2023
Ucieczka ze Stalagu – opowieść Wigilijna 1944
Więźniarki szukały schronienia w niemieckim kościele… To był błąd.